Adam Jarecki

Archive for Styczeń 2011|Monthly archive page

Emigrant Mariusz Szczygieł

In życie on 21/01/2011 at 14:49

Adam JareckiW wolnych chwilach w Warszawie utonąłem w książce „Zrób sobie raj”. Początkowo miałem wrażenie, że Mariusz Szczygieł zajmie się w niej przede wszystkim opisywaniem, dlaczego właściwie Czesi są – w przeciwieństwie do Polaków – narodem ogólnie szczęśliwym. W połowie okręt skręcił jednak z tej linii biorąc azymut na inny temat: rozprawienie się z klatką wiary. Zarówno klatką autora jak i naszą, czytelników.

Mam wrażenie, że Mariusz Szczygieł w odpowiednim momencie przeorientował swoje życie. Po latach pełnienia roli celebryty w polsatowskim show wyszedł z roli świetnego dziennikarza. A jesli nawet nie wyszedł, to przynajmniej tak zaczęto go odbierać. Jak bardzo niesłusznie, udowodnił w „Gottlandzie”. Potem odkreślił przeszłość grubą linią (Brytyjczycy mają zwyczaj określać to mianem „change career” i nagle z menedżerów bankowych zaczynaja prowadzić hotele bed&breakfast) i jeśli nawet nie oficjalnie to realnie wyemigrował do Czech. Zarówno mentalnie jak i w pewnym momencie fizycznie. Strzelił w dziesiątkę, bo co to była za przyjemność zmarnować dwa lata życia – od 2005 do 2007 roku – w najprzykrzejszym mentalnie, politycznie i życiowo okresie III Rzeczpospolitej?

O tym, że w kulturze i życiowej ideologii Czechów łatwo się zakochać, wiedziałem już wcześniej. Ich tak odmienne podejście do życia, do jego celów i możliwych dróg wyborów jest dla sąsiadów z północy fascynujące. Rzadko jednak można znaleźć książkę umiejętnie zbierającą to wszystko, co u Czechów najlepsze i najważniejsze – Szczygłowi się udało.

Lektura tej książki dla wielu ludzi może być szokująca. Szczególnie tych, którzy zgodnie z definicją Polaka lewym okiem widzą etos a prawym patos. Następnie gdy okazuje się, że po kilkudziesięciu latach życia coś nie wyszło, toną w dziwnej mieszance powierzchownej religijności i dewocji. Co – jaka niespodzianka – wcale ich nie uszczęśliwia. Szczygieł pokazuje, w jaki sposób radzą sobie z problemami ludzie nie obarczeni religijnością, naród ateistyczny i skupiający się na tym, co tak naprawdę w życiu jest najważniejsze – osobistym szczęściu.

„Zrób sobie raj” to absolutnie genialna pozycja dla wszystkich, którzy potrzebują zastrzyku literackiej dopaminy. Czyli, lekko licząc, dla jakichś 90% Polaków. Pozwala spojrzeć innym okiem nie tylko na Czechów ale także na siebie. Zdecydowanie polecam na te paskudne zimowe wieczory z pluchą, szarym niebem i rządkami smutnych ludzi przechodzących pod oknami.

– – –
Petr: – Przyszła do nas do przedszkola pani, 53 lata, która chciałaby założyć przedszkole anglojęzyczne, takie jak nasze. Po śmierci dwudziestoletniego syna opuścił ją mąż i straciła pracę. Polak może by powiedział, że właśnie taka sytuacja jest nie do wytrzymania bez Boga. A ona tę wiarę włożyła w siebie. Chce zorganizować przedszkole.
Alexandra: – Zamiast Boga ta pani szuka racjonalnego wyjścia. Bo my, Czesi, jesteśmy przede wszystkim pragmatykami.
– – –

I jak tu się w nich nie zakochać?

Adam Jarecki na Facebooku

10 kwietnia 2010 r.

In polityka on 12/01/2011 at 14:54

Przed uruchomieniem filmu kliknij na tytuł tej notki w celu otworzenia jej w całym oknie; tylko wówczas będzie widoczny szerszy ekran.

Jeżeli chcesz widzieć dokładnie transkrypcję komunikatów, kliknij na przycisk w prawym dolnym rogu okna YouTube, wówczas film zostanie odtworzony na całym ekranie Twojego komputera.

Wyprawa po złote zęby

In polityka on 12/01/2011 at 04:00

Adam JareckiWielkim podziwem napawa mnie skuteczność wywoływania ogólnokrajowych awantur przez Jana Tomasza Grossa. Cóż bowiem tak naprawdę ten mieszkający w USA socjolog robi? Otóż mówi prawdę i odsłania tym samym białe plamy historii. Pokazuje, że Polacy są… normalnym europejskim narodem.

Przez cały okres komunizmu zamiatano pod dywan najpaskudniejsze plamy na białej szacie polskiego narodu. To natrętne przyklepywanie naszych brudów zaskutkowało tylko większym szokiem, gdy na własne oczy przekonaliśmy się, do czego jesteśmy zdolni. Dla świata zachodniego nie było to nic zaskakującego. Zarówno Amerykanie jak i Brytyjczycy czy Francuzi doskonale wiedzieli, co wydarzało się w wojennej i powojennej Polsce. Wiedzieli o wsiach i miasteczkach jak w Jedwabnem, o Żydach uciekających z powojennej Polski do Niemiec, o szmalcownikach. Politycy i historycy dowiadywali się tego z zeznań tych, którym udało się z Polski uciec; z kolei zwykli ludzie – nieco później – z literatury fabularyzowanej, choćby z przypomnianego w najnowszej książce Głowackiego „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego.

Slowem: wszyscy wszystko wiedzieli. Poza Polakami. Nikt im wcześniej o czarnych stronach historii nie mówił, stąd dokumentalne, wzbogacone zjadliwymi opiniami, książki Jana Tomasza Grossa wywoływały takie huragany.

Gross zaczął w gruncie rzeczy delikatnie. Książka „Sąsiedzi” (2001) skupiała się bowiem na małym miasteczku. Łatwo było uznać w ramach syndromu wyparcia, że był to przypadek wyjątkowy, że mord w Jedwabnem był czymś w rodzaju „wypadku przy pracy”. W końcu to tylko jedno miejsce, prawda?
Prawdziwy huragan wywołała pozycja „Strach” (2006), w której nagle przeczytaliśmy, że to co działo się w Jedwabnem nie tylko nie było czymś wyjątkowym ale na dokładkę, że nie skończyło się wraz z wyparciem Niemców z ziem polskich. Że Polacy żydowskiego pochodzenia uciekali z wolnej (w miarę) Polski do… Niemiec. Niesamowity chichot historii. Na marginesie: przypomnijmy sobie, kto wtedy Polską rządził i jaki miało to wpływ na odbiór tej książki.

„Złote żniwa” (luty 2011) zamykają ten tryptyk stawiając najpaskudniejszą tezę: że to wszystko zdarzyło się z chciwości. Ci którzy trzy lata temu przeczytali w „Wyborczej” artykuł na ten temat wiedzą już, co w najnowszej książce Grossa znajdą. Czeka nas kolejna awantura medialna i publicystyczna.

W ramach konwersatoriów z dyskursu medialnego brałem udział w prezentacjach, które jakoś mi się skojarzyły. Pierwsza dotyczyła właśnie Jedwabnego, druga zaś – tożsamości europejskiej. Co wspólnego mają ze sobą te tematy? Spójrzmy logicznie.
Anglicy wymyślili obozy koncentracyjne. Hiszpanie wyrżnęli w pień cywilizację Azteków. Niemcy przeprowadzili holocaust. Francuzi zlikwidowali pośrednio i bezpośrednio jedną czwartą Algierii. Polacy zabijali Żydów. Amerykanie wybili Indian a potem wypowiedzieli wojnę Meksykowi odbierając im ponad połowę terytorium – zupełnym przypadkiem tę bogatszą w surowce naturalne.

Widzicie już tę paralelę? Polacy nie są „Mesjaszem Narodów”. Są normalnym europejskim narodem, który ma na swoim koncie mnóstwo dobrego i równie dużo złego. W tej definicji zawsze byliśmy narodem rdzennie europejskim. Bo to jest dość paskudny kontynent.

Uprzytomniłem sobie, że jest jeszcze jeden temat, którym mógłby się zająć Jan Tomasz Gross, stawiając okrutną i makiaweliczną „kropkę nad i”. Auschwitz. Ten, który po wyzwoleniu nie został zamknięty, lecz funkcjonował co najmniej do marca 1946 roku.
Czy wiecie, co się tam działo, kto był tam przetrzymywany, kim byli kapo i zarządcy obozu? Ja wiem. Poszukajcie, to nie jest wiedza tajemna. To po prostu jeszcze jedna karta historii zamieciona pod dywan i ukryta przed oczami maluczkich, którym się „nie chce”.

Trzeba chcieć, żeby wybaczyć i prosić o wybaczenie.

Adam Jarecki na Facebooku

Gazeta ery obrazkowej

In życie on 05/01/2011 at 14:39

Adam JareckiPisanie o tym, że współcześni europejczycy byli łaskawi zgłupieć do cna w ciągu zaledwie 20 lat jest truizmem. Stajemy się kontynentem bogatych wtórnych analfabetów, co skutkuje upadkiem prasy oraz tej części Internetu, która była oparta o treści tekstowe a nie obrazki zaplamionej sukienki jakiejś hollywoodzkiej gwiazdki, której nazwisko wylatuje z głowy trzy sekundy po wpadnięciu w oko.

W samym wstępie mojej notki popełniłem chyba wszystkie błędy współczesnego edytorstwa. Użyłem słowa wykraczającego poza podstawowy zestaw 3 tys. słów (truizm). Użyłem zdania wielokrotnie złożonego (zakazane przez wszystkie press-booki). Na dokładkę cały akapit jest niezrozumiały, ponieważ do przyjęcia przekazu trzeba go przeczytać w całości a nie – jak zwykle – połowę pierwszego i końcówkę ostatniego zdania.

Gazeta Wyborcza nawet nie wspomina już milionowego nakładu (tak, sprzedawało się!) zaś Rzeczpospolita, zwana ostatnio „Arką Noego” (przyjmująca chyba wszystkie prawicowe trupy publicystyczne szwendające się po obrzeżach rynku prasowego) istnieje tylko dlatego, że każdy urząd w Polsce musi ją prenumerować. Z powodów zresztą coraz mniej dla mnie zrozumiałych.

Rynek prasowy próbuje bronić się tabloidyzacją, upychaniem dziesiątek zdjęć w każdym numerze, wypełnianiem pustki merytorycznej „chwytliwymi” leadami. Wszystko to powoduje, że koło półek w saloniku prasowym przechodzimy coraz bardziej obojętnie.
A może się już nie da? Ależ jak najbardziej się da.

Wpadł mi wreszcie do ręki egzemplarz najbardziej rewolucyjnego dziennika wychodzącego w Europie – portugalskiego „i”. Nie kryję, szukałem go przez jakiś czas z czystej ciekawości. Jestem absolutnie zachwycony!

Dziennik „i” miał odpowiedzieć na pytanie: czy dzisiejsza młodzież w ogóle jest w stanie absorbować wiadomości w postaci tekstowej czy też nieodwołalnie jest skazana na obrazkowość. Stworzono niezwykły, prosty i piękny w swojej „czystości” layout, wprowadzono rozbrajające grafiki, ograniczono dobór tematów dnia do góra trzech-czterech (i wystarczy, zapewniam), uproszczono nieco język i od czasu do czasu pozwala się fotoedytorom na jakieś szaleństwo (typu obrazek lub infografika przechodząca przez cztery albo sześć stron gazety).

Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania: dziennik kupuje codziennie dwanaście tysięcy młodych ludzi, w większości poniżej 25 roku życia. To dużo, bo Portugalia ma ok. 10 mln mieszkańców i sprzedaje się tam dziennie ok. 300 tys. gazet. A zakres tematyczny? Nie, wcale nie aplikacje na iPhone’a: światowa polityka, problemy społeczne, ekonomia portugalska i europejska

Teksty są poszerzone merytorycznie, ale podane w strawnych, niewielkich porcjach. Każdy akapit ma maksymalnie kilkadziesiąt słów i stanowi jednolitą całość. Mimo to tych akapitów może być nawet trzydzieści, jeśli temat tego wymaga. Owszem, spory zasób informacji mieści się w infografikach, ale próżno w „i” szukać niezwiązanych z tematem fotek kobiety w słuchawkach, anonimowego faceta za biurkiem czy ładnego pejzażu, zbędnego, acz ponoć poprawiającego wygląd strony na której „czegoś brakowało”. Zresztą co ja się będę tutaj produkował, obejrzyjcie sami kilka okładek najpiękniejszego dziennika współczesnej Europy.

i

i

i

I powiedzcie, jak tu się w „i” nie zakochać?

„i”, Grupo Sojormedia, Portugal, www.iOnline.pt

Adam Jarecki na Facebooku

Nareszcie koniec

In życie on 02/01/2011 at 02:31

Adam JareckiGdy wystrzeliły korki szampanów, pomyślałem sobie, że ten nieszczęsny rok nareszcie się skończył. Rok temu w podobnym gronie życzyliśmy sobie, żeby 2010 był jakkolwiek inny, bo byliśmy głęboko przekonani, że gorszy od 2009 już być nie może. To była kolejna nauczka życiowa – nawet gdy wydaje się, że jesteś na dnie, spod spodu może odezwać się pukanie.

No, może troszeczkę przesadzam, ale w celach dramaturgicznych zawsze lepiej jest zacząć od trzęsienia ziemi a potem wzmagać napięcie, jak uczył nieoceniony Alfred Hitchcock.

Rok 2010 miał kilka jasnych punktów.
Pierwszy to rzecz jasna odwołanie Kropiwnickiego, który zburzył senną atmosferę w mieście i w efekcie doprowadził do oddania całej władzy i całej odpowiedzialności w ręce jednej partii. Czy Hanna Zdanowska będzie łódzkim Dutkiewiczem? Zobaczymy.
Drugi to fakt, że udało mi się schudnąć prawie 10 kg i tylko wrodzona skromność każe mi nie zamieszczać tego faktu na pierwszym miejscu. 😉 W każdym razie nikt mi już nie wmówi, że po trzydziestce nie da się schudnąć – da się, trzeba tylko stosować klasyczną dietę MŻ.
Trzeci to moja decyzja o powrocie do czynnej polityki. Dużo szczęścia czy radości mi to rzecz jasna nie przyniosło, ale za to przestało być nudno. Oj, przestało.

Niestety w życiu towarzyskim i osobistym było znacznie gorzej.
Kolejnych dwóch znajomych zdecydowało się na wyjazd na Wyspy, w tym jeden z rodziną. To zaczyna być przerażające, naprawdę więcej przyjaciół mam już w Londynie niż na miejscu w Łodzi. Nie liczę już dalszych znajomych, bo to by spowodowało natychmiastowe przejście na kilogramy antydepresantów.
Choroba nowotworowa mamy mocno mnie przygnębiła i tylko dzięki doświadczeniu życiowemu (po raz pierwszy nie żałuję, że nie mam już dwudziestu kilku lat) jakoś sobie z tym poradziłem i nawet udało mi się chyba nie okazywać strachu na zewnątrz.
A na finał roku premier Tusk przygotował mi gorzki pasztet w postaci rozmontowania systemu emerytalnego. Od dwóch dni odbieram coraz bardziej męczące telefony od zleceniodawców, którzy proszą o szerokie i obiektywne artykuły na temat zmian w OFE. Opędzam się od nich rekami i nogami, powołując się na Sylwestra, długi weekend, chorobę psa i inne niedorzeczności, bo z informacji które posiadam wygląda na to, że właśnie cofamy się o dziesięć lat. Czekam z niecierpliwością na dodatkowe szczegóły, bo może one choć trochę poprawią moje zdanie na ten temat.

Żeby nie było tak depresyjnie: w okresie międzyświątecznym dostałem dwie bardzo ciekawe propozycje, wymagające wyprowadzki z Łodzi do Krakowa lub… Białegostoku. Przebojem zabawy sylwestrowej było moje hasło „a teraz mnie przekonajcie, że mam tego nie robić”. Argumenty padały co najmniej dziwaczne, ale przynajmniej wiem już teraz, że moim znajomym rzeczywiście by mnie brakowało. 🙂

Nie odważę się już napisać, że 2011 będzie na pewno rokiem lepszym, ale szanse na to są bardzo duże. Oby do wiosny.

Adam Jarecki na Facebooku