Adam Jarecki

Archive for Luty 2011|Monthly archive page

Węgrzyn Węgrzynowi nierówny

In polityka on 10/02/2011 at 17:33

Józef WęgrzynNazwisko „Węgrzyn” zawsze otaczałem głęboką atencją. Dzisiaj niewielu ludzi już o nim pamięta, ale było to słowo-symbol historii polskiego teatru dramatycznego. Mało było aż tak legendarnych postaci w historii kultury. Stefan Jaracz, Juliusz Osterwa, Ludwik Solski, Kazimierz Junosza-Stępowski, Aleksander Zelwerowicz…
Osobiście dodatkowo pamiętam jeszcze Ludwika Fritsche, ale to już jest wynik moich koligacji rodzinnych.

Czym różniły się te wielkie postaci od drugiej części świata aktorskiego; Eugeniusza Bodo, Adama Brodzisza, Franciszka Brodniewicza czy też czarnej legendy przedwojnia, Igo Syma? Otóż mniej więcej tym, czym różni się Gustaw Holoubek od braci Mroczek czy Borysa Szyca. Są bowiem aktorzy, którzy tworzą historię teatru, creme de la creme artystycznych elit oraz tacy, którzy po prostu są popularni. Przede wszystkim dlatego, że nie zmuszają do nadmiernego myślenia.

Drugą różnicą jest sposób prowadzenia kariery aktorskiej. Ci pierwsi grali przede wszystkim w teatrze, pozostały po nich recenzje, trochę esejów i pamięć pieczołowicie przechowywana w annałach wydziałów kulturoznawczych polskich uniwersytetów. Ci drudzy nieco ich przesłaniają, ponieważ lekkie radosne komedyjki kinowe możemy dość regularnie oglądać do dzisiaj, choćby na TVP Polonia. Ale nie byłoby polskiej kultury i polskiego teatru bez tych największych. Do dzisiaj odnoszą się do nich współcześni reżyserzy, prowadząc linearny dialog z ich sztuką.

Józefa Węgrzyna można zobaczyć w filmach, ale bardzo rzadko grywał role główne, to nie była jego bajka. Był czymś w rodzaju „kropki nad i”: profesorem Dobranieckiem, który rozpoznał twarz doktora Wilczura w „Znachorze”, królem Zygmuntem II Augustem w „Panu Twardowskim”, ojcem Stefci Rudeckiej w „Trędowatej”. Wreszcie – zmitologizowanym jedenastoletnią cenzurą Mistrzem w swojej ostatniej roli, w „Dwóch godzinach”, które powstały w 1946 roku, lecz odleżały na półce do śmierci Józefa Stalina. Po czym zaginęły z obrotu kulturowego, gdyż nie chodziło w nich o piosenki, lecz ciężkie rozliczenie z wojną ukazaną w świetle indywidualnych przeżyć.
We wszystkich tych filmach Węgrzyn jest postacią magiczną. Gdy pojawia się na ekranie, wszyscy inni przestają się liczyć. Zapiera dech w piersiach.

Dzisiaj nazwisko Węgrzyna spadło do ligi powiatowej. Takiej, która identyfikuje się z jednym z najsłynniejszych politycznych cytatów początku XXI wieku „to można, he he, zgwałcić prostytutkę, he he?”. Miliony ludzi będą je kojarzyć nie z twórcą salonów, lecz „pierdnięciem na salonach” (zagadka intelektualna: z kogo to cytat?).

I dlatego właśnie piszę tę notkę. Z nadzieją, że chociaż na trzeciej czy czwartej stronie wyników wyszukiwania w Google’ach nazwiska „Węgrzyn” pojawi się coś, co będzie dotyczyło jednej z najpiękniejszych kart polskiej kultury i sztuki a nie jakimś budowlańcem po studium zawodowym w małym miasteczku.

Józef Węgrzyn, 1884-1952, fot. filmweb.pl

Adam Jarecki na Facebooku

Reklamy

Z tych Jareckich?

In życie on 02/02/2011 at 14:04

Adam JareckiCo jakiś czas różni ludzie pytają mnie czy jestem „z tych Jareckich”. W zależności od osoby chodzi im albo o biskupa, albo o Akademię Muzyczną albo o niemieckiego piłkarza… Odpowiedź brzmi: nie, nie jestem „z tych”.

Jeszcze kilka lat temu pytano mnie prawie wyłącznie o koligacje rodzinne z biskupem katolickim Piotrem Jareckim. Teraz, po „aferze asystentury w AM” dopytują, czy mam coś wspólnego z tą panią z Akademii Muzycznej. Po drodze osoby zbliżone do świata artystycznych elit próbują delikatnie dowiedzieć się, czy dziennikarka i recenzentka Dorota Jarecka to ktoś z mojej rodziny.

I w tym ostatnim przypadku trochę się gubię. Tak się bowiem składa, że moja bratowa nazywa się dokładnie tak samo i niekiedy odruchowo odpowiadam, że „tak”. Poprawiam się chwilę później.

Postanowiłem w celu wyjaśnienia sytuacji oświadczyć raz na zawsze i rzecz jasna publicznie: ani z biskupem, ani z panią z Akademii Muzycznej ani też z red. Dorotą Jarecką nie wiążą mnie żadne koligacje rodzinne czy powinowactwa. To wyłącznie zbieżność nazwisk.

Przy okazji postanowiłem pobawić się trochę Facebookiem et voila: wśród moich znajomych znajdziecie jeszcze trzech Adamów Jareckich. Pogrzebcie i sami wybierzcie, czy wolicie, żebym był 27-letnim niemieckim piłkarzem, 22-letnim studentem z Kanady czy też 20-letnim studentem z Olsztyna. Do wyboru do koloru. A potem możecie z nosem w kwintę dojść do wniosku, że ja, ten oryginalny, to jednak wersja najlepsza. 😉

W Googlach znalazłem jeszcze kilku Adamów Jareckich ale szczerze mówiąc właśnie skończyła mi się moja przerwa na kawę, więc dalsze dywagacje sobie daruję. Ale zabawę w znajdywanie ludzi o tych samych imionach i nazwiskach co wasze gorąco polecam – kupa śmiechu i radości.

Adam Jarecki na Facebooku