Adam Jarecki

Archive for Maj 2011|Monthly archive page

Morliny: żywiecka z indyka

In życie on 11/05/2011 at 17:01

Jest 11 maja 2011 r. Idę sobie zrobić kanapki i wyciągam z lodówki czwartkowe zakupy. W tym między innymi poniższą wędlinę firmy Morliny:

Morliny

Morliny

Była też ich polędwica z indyka, ale nie odważyłem się jej już nawet przyglądać. Poszła do kosza razem z tym co widać wyżej.
Wspomnienie po akcji z Constarem stanęło mi w oczach jak żywe.

Otworzyć pudełka się nie odważyłem. A notkę zamieszczam, bo to była ostatnia wędlina w lodówce chorego na anginę człowieka, wyżej podpisanego. Teraz muszę jakoś przetrwać na samych serach żółtych z Lidla. Czy choćby leżały koło mleka nie wiem, ale przynajmniej nie są zapleśniałe przed upłynięciem terminu ważności…

<głodny i wściekły>

Recenzja: Słowo i miecz

In życie on 11/05/2011 at 14:12

Najnowsza powieść Witolda Jabłońskiego zabiera nas w odmęty średniowiecza. Przyprószone magią, pełne krwi i nienawiści, królestwo ognia i miecza w rękach sprowadzonych z Niemiec chrześcijańskich najemników. To świat w którym ludy z Mazowsza, Pomorza i Śląska jeszcze nie wiedzą, że stary porządek za chwilę się zawali. Świat naszych przodków, który został wymazany z kart historii.

Pierwszym wrażeniem, które mnie tknęło, było: „mamy Witelona w sukni”. Główną bohaterką „Słowa i miecza” jest Dziewanna/Żywia, pobłogosławiona przez Mokoszę (zwaną też Żemine lub Żywią właśnie) czyli Matkę Żyznej Ziemi czarodziejka i kapłanka. Jabłoński na pierwszych kilkudziesięciu stronach nienachalnie lecz skutecznie uczy czytelnika systemu wierzeń naszych antenatów. Dowiadujemy się, kim był tak naprawdę Swarożyc, jakimi sprawami władał Perun, jakimi Weles, że zaświatami rządził bóg księżyca Chors… To paradoksalne, że dzisiaj znacznie lepiej znamy mitologię starożytnej Grecji i Rzymu niż naszą własną – tutejszą. Prawdziwie polską, można powiedzieć. Przy okazji łapczywego pochłaniania tej świetnie skonstruowanej powieści fantasy niezauważalnie uzupełniamy swoją wiedzę.

Mokosza

Cykl o Witelonie (tetralogia rozpoczynająca się od ”Ucznia czarnoksiężnika”) był powieścią stricte historyczną, nie magiczną. Wszelkie przejawy tzw. magii w rzeczywistości były zbiegami losu i przypadkami – udokumentowanymi przez naukę (niedowiarkom podpowiem, że rzeczywiście Śląsk nawiedziło potężne trzęsienie ziemi nie mające nic wspólnego z czarami Witelona) i logicznymi. Jabłoński zaciekle trzymał się tego realizmu, lecz zarówno fani jak i krytycy nie do końca zrozumieli ten zamysł. W przypadku „Słowa i miecza” autor zdecydował się odtworzyć świat magiczny – moim zdaniem czyta się to łatwiej i przyjemniej.
Drugą różnicą jest poziom edukacji – cykl o Witelonie jest wręcz wypchany wiedzą o historii XIII wieku, pokazywaną co prawda „z drugiej strony”, ale udowodnioną. W najnowszej powieści historii jest już znacznie mniej – rzecz dzieje się w znacznie krótszym okresie (1008-1047), zatem nie było potrzeby powtarzania tego, co już wiemy z cyklu „Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfer”. Reasumując: Witelon nauczył nas naszej historii, Żywia zaś ówczesnej wiary.

Warto zauważyć, że Witold Jabłoński doskonale prowadzi kobiece postaci. Domyślaliśmy się tego już od czasu „Fryne Hetery”, teraz mamy dowód, że nie był to wypadek przy pracy. Zarówno grecka Fryne jak i słowiańska Żywia są postaciami pełnokrwistymi, znamy ich historię, poglądy, uczucia, zalety i słabostki. To o tyle miłe, że większość postaci kobiecych w literaturze SF & fantasy to zwykle puste kukły o których niewiele wiadomo. Chapeau bas!

Jabłoński lubi zaskakiwać słowotwórczością i odkurzaniem nieużywanych już określeń. Aby nieco przyjemniej wam się czytało, podpowiem, że „czerńce” to chrześcijańscy zakonnicy, „paladyni” to świetnie wyszkolone w Niemczech maszyny do zabijania obleczone w białą szatę (creme de la creme sztuki rycerskiej), z kolei wymyślone przez autora słowo krystowiercy to chrześcijanie. Szczególnie to ostatnie słowo bardzo mnie ujęło i powiem szczerze, że nie miałbym nic przeciwko temu, aby włączyć je do współczesnej mowy.

Nie zdradzę fabuły, gdyż odebrałoby to wam całą przyjemność lektury. Zaciekawiła mnie furtka, którą autor zostawił sobie w finale: mogę sobie łatwo wyobrazić kontynuację „Słowa”. W końcu jakby na to nie patrzeć Czarnobóg wciąż czeka na swojej wyspie na śmiałka, który dotrze do niego z Młotem Swarożyca.

Witold Jabłoński udostępnił online w serwisie Spoti cztery fragmenty „Słowa i miecza”. W oczekiwaniu na premierę (lub dostarczenie książki do naszej skrzynki pocztowej) mogę tylko polecić zagłębienie się w świat Żywii:


Witold Jabłoński „Słowo i miecz”, SuperNOWA, premiera: 10 marca 2013 r.

PS. Gdy cyzelowałem ostatnie słowa w tej notce, mój Kindle włączył wygaszacz ekranu. Wybiera je losowo. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że na ekranie pojawiło się to. Magia czy przypadek?

Słowo i miecz recenzja

Kura właściwa w Sądzie Najwyższym

In polityka on 10/05/2011 at 15:11

Adam JareckiWyrok Sądu Najwyższego Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, definiujący pojęcie „kury właściwej”:

Zaliczki na poczet podatku dochodowego z działów specjalnych produkcji rolnej powinni wpłacać ci podatnicy, którzy z tej produkcji osiągają dochód, bowiem to właśnie osiągnięcie przychodu jest istotą podatku dochodowego.

Normy szacunkowe ustalone przez Ministerstwo Finansów odnoszą się najwyraźniej do kur dorosłych (właściwych), nie zaś do jednodniowych kurcząt, których chów przez kilka miesięcy nie tylko nie daje żadnego dochodu, a jeszcze obciążony jest licznymi kosztami.
Ustawodawca używa pojęcia „kura” wcale nie zastrzegając, by pojęcie to odnosiło się również do „kurcząt”.

Różnice między tymi dwoma pojęciami mogą opierać się na kryteriach biologicznych (np. odmienność upierzenia, ułapienia, udziobienia i in.) mogą być wywiedzione z kryteriów matematycznych (jest przecież rzeczą normalną, że w stadzie kur nie wszystkie kurczęta osiągają wiek dorosłej, tj. właściwej kury, choćby w rezultacie tzw. padania), jednakże decydującym wydaje się być kryterium fiskalne, wywiedzione z okoliczności, iż celem istnienia kury właściwej jest przynoszenie przychodu hodowcy, a społeczeństwu korzyści, natomiast celu takiego nie można przypisać bytowi małych kurcząt, jakich istnienie nie może łączyć zaledwie z ekspektatywą przyszłych dochodów dla hodowcy, których jednak wymiar nie może być wcześniej w sposób pewny określony.

Nie ma zatem żadnych podstaw by twierdzić, iż polskie prawo podatkowe nie widzi żadnej różnicy między „kurą” a „kurczęciem”, i na tej podstawie domagać się wpłacenia zaliczek od nieistniejących dochodów.
Art. 24 ust. 1 i 4 wyraźnie stwierdza, że dotyczą one tych podatników, którzy owe dochody osiągają.
Można tu zresztą wskazać na orzeczenie Sądu Najwyższego III ARN 50/92, które wyraźnie stwierdziło, iż fundamentalną zasadą prawa podatkowego w demokratycznym państwie prawnym jest, że zakres przedmiotu opodatkowania musi być precyzyjnie określony w ustawie podatkowej, a interpretacja jej przepisów nie może być rozszerzająca.

Wyrok Sądu Najwyższego – Izba Administracyjna, Pracy i Ubezpieczeń Społecznych z dnia 18 listopada 1993, sygn. akt III ARN 69/93

(nie moi drodzy, to nie żart, naprawdę zajmował się tym SN…)

Wyrok wygrzebał mój znajomy radca z krakowa.

Adam Jarecki na Facebooku

Bośnia!

In życie on 07/05/2011 at 12:36

Drugi półfinał odbędzie się w czwartek 12 maja, ale utartym zwyczajem jeśli nie masz telewizji satelitarnej to go nie obejrzysz. Gdy pomyslę o TVP to [cenzura]. A poza tym [cenzura]. Marzę o tym aby [cenzura]. Braun, zróbże coś!

Lecimy wczorajszym szablonem, żeby było mniej więcej sprawiedliwie:

Ogląd co nas czeka pokazuje poniższy filmik miksujący wszystkie 19 krajów:

Moim zdaniem z II półfinału przejdą na pewno następujące piosenki: Bośnia i Hercegowina (oby Dino przestał skakać…), Holandia (całkiem fajny i udany pop-rock a chłopaki umieją grać na żywo), Ukraina (względy oczywiste jak w przypadku Rosji a poza tym to takie wschodnioromansowe), Szwecja (tu taki pewien nie jestem, bo dzieciak nie umie śpiewać a ubiegłoroczna klęska pokazuje, że Szwecja nie jest już pewniakiem), Estonia (nie cierpię tego jak nie wiem czego), Białoruś (trzymam kciuki, żeby nie), Łotwa (na odwrót: połamię knykcie w trakcie ich występu), Dania (drugi fajny pop-rock w tym półfinale).

Największe rozczarowania, gdyż pamiętam świetne propozycje z ubiegłych lat, to: Belgia (bez komentarza, brzmi to jak dręczone koty), Słowacja (oni w ogóle mają pecha przy wyborze piosenek – reprezentantek), Izrael (okropna piosenka, nudny układ a nikt już nie pamięta tamtej prawdziwej Dany International), Irlandia (bez komentarza, dzieci czytają).

Bardzo żałuję, że najprawdopodobniej nie przejdzie (przede wszystkim ze względu na politykę oraz „nieeurowizyjność”) propozycja Cypru – absolutnie rewelacyjna i kompletnie nie w klimacie. Ale chwyta za serce, więc może jednak.

A na koniec jeszcze BIG FIVE, czyli kraje mające gwarancję finału. I są tu dwie piosenki, które mogą wygrać cały konkurs: Wlk. Brytania i Francja. Ale ja nie chcę jechać na Eurowizję 2012 do Nicei!

I po co było tak się starać o powrót Włoch do Eurowizji, no po co? Gdyby trafili do półfinałów, przegraliby z kretesem. Lena jak zwykle nudna i powtarzalna, tylko jury i zakulisowe układy mogą ją uratować.

Ciekaw jestem wyniku facetów (bo już starszawi tacy są) z Blue: po raz pierwszy cała kampania promocyjna w Europie została skumulowana w środowiskach gejowskich (rozbierana sesja we flagowym miesięczniku Attitude, koncerty w klubach typu Heaven w Londynie i innych w Europie). Are pink money a good money?

—————————–
Niestety moje typy mają jeden feler: otóż jak dotąd zawsze stawiałem na piosenki, które… przegrywały z kretesem. 🙂 Wynik poznamy 14 maja ok. godz. 23.00, być może wtedy ze wstydem pochowam te wszystkie eurowizyjne notki…

Dwie Polki w I półfinale

In ogólne on 06/05/2011 at 12:13

Można zacząć odliczanie: już we wtorek 10 maja pierwszy półfinał Eurowizji z uczestnictwem dwóch Polek: Magda Tul (zaczyna koncert, nie spóźniamy się!) reprezentuje Polskę, Ewelina Saszenko w barwach Litwy. Ciekawe, dlaczego 12 punktów z Polski pójdzie na Litwę. 😉

Ogląd co nas czeka pokazuje poniższy filmik miksujący wszystkie 19 krajów:

Moim zdaniem z I półfinału do finału przejdą na pewno następujące piosenki: Polska (nie odważyłbym się jej nie wpisać, choć trochę się boję o wynik), Norwegia (jeśli Stella nie sknoci piosenki na żywo), Turcja (jedyny rock w tym półfinale), Rosja (nie cierpię tego nie umiejącego śpiewać mydłka, ale powód awansu chyba oczywisty), Węgry (duża szansa na TOP3 w finale), Litwa (też nie odważyłbym się jej nie wpisać, choć kraj jako taki coraz mniej mi się podoba), Azerbejdżan (kaukaska siła głosujących), Grecja (chyba się nie zdarzyło, żeby nie weszli).

Największe rozczarowania, gdyż pamiętam świetne propozycje z ubiegłych lat, to: Serbia, Malta (Chiara, wracaj!) i Islandia (chyba obniżyli im akcyzę na alkohol w dniu wyboru reprezentanta).

Bardzo żałuję, że najprawdopodobniej nie przejdzie (przede wszystkim ze względu na politykę oraz „nieeurowizyjność”) propozycja Szwajcarii.

C.D.N. 😉

Lidermed? Nigdy więcej.

In życie on 05/05/2011 at 09:56

Adam JareckiPrzebrała się miarka. Co miesiąc płacę na ubezpieczenie zdrowotne prawie 500 zł a gdy raz na ruski rok potrzebuję pomocy lekarskiej, dowiaduję się, że albo mogę przyjść „jutro” albo z gorączką i słaniając się z głodu (nie mogę nic przełknąć) zapytać jakiegoś lekarza czy mnie łaskawie przyjmie. Nie, nie przez telefon, wyłącznie osobiście.

Gdy wiele lat temu powstawał system niepublicznych ZOZ-ów, z dziką rozkoszą uciekłem ze swojej przychodni, do której byłem zapisany od dziecka. Obrazki były uniwersalne, prawdopodobnie każdy z Was miał takie same przeżycia: chamskie kobity w rejestracji, wystawanie pod przychodnią od 7 rano itp. Nowy system miał to zmienić i na początku wszystko grało. Obecny Lidermed na Julianowskiej zmieniał co prawda nazwę i skład osobowy kilka razy, ale jakoś to wszystko funkcjonowało. Do dzisiaj.

Problem jest uniwersalny. W pogoni za tymi 8 czy 10 złotymi miesięcznie (mniej więcej tyle dostaje ZOZ z moich 500 zł na podstawową opiekę medyczną) firmy przyjmują nieograniczoną liczbę pacjentów. Korytarze prywatnych placówek z powrotem upodobniły się do targowisk, gdzie znudzone panie omawiają przepisy na pieczonego kurczaka. Deja vu, jakbym wsiadł w machinę czasu.

Dzisiaj trafił mnie szlag i postanowiłem coś z tym zrobić. To nie może być tak, że gdy z bólu nie mogę przełknąć nic poza letnią wodą (wiecie, jakie to obrzydliwe?), mam łazić z gorączką i prosić się o antybiotyk – zresztą wziewny, jedyny, którego używam od lat i wiem to lepiej od wszystkich lekarzy. Jak tylko mogę odmawiam antybiotyków połykanych, półmetek życia mam już za sobą i trzeba dbać o wątrobę. Recepta na telefon? Zapomnij.

W mozole wyszukiwałem inne przychodnie; miała być mała i blisko. Początkowo – same porażki. Internet aż puchnie od wściekłych komentarzy na temat słynnej już placówki na Bazarowej. I oto niespodzianka – okazało się, że w budynku mojego stareńkiego „państwowego” ZOZ-u działa niewielka przychodnia prywatna, do której zresztą kilka lat temu przepisała się moja mama (nie wiecie co robić, zawsze dzwońcie do rodziców!). Trzymajcie kciuki, żeby Sierakowskiego Sp. z o.o. stanęło na wysokości zadania i poratowało w biedzie. 🙂

I ogólniej: jeżeli spotka was tego typu sytuacja w waszym NZOZ-ie, natychmiast, bez zastanowienia, odejdźcie stamtąd. Płacicie górę forsy (spójrzcie w swoje RMUA!) na ten niewydolny i ledwie działający system i należą wam się od niego jak psu zupa co najmniej dwie rzeczy: pogrzeb i internista w tym samym dniu. Wypełnienie formularza – na miejscu – jest proste i zajmuje kilka minut. I już. Lepiej zrobić to, gdy jesteście jeszcze zdrowi.
Życzę udanych poszukiwań.