Adam Jarecki

Archive for Październik 2011|Monthly archive page

Strach w oczach kioskarki

In życie on 24/10/2011 at 19:02

Adam JareckiKażdy człowiek ma swoje przyzwyczajenia, niekiedy ocierające się o fobie. Ja również. Chwilowo mam dość pisania o polityce, więc tym razem będzie o dziwactwach. 🙂

Strach w oczach kioskarki
Ładnych parę tygodni zajęło mi wychowanie kioskarki z najbliższego „Ruchu”. Przez ten czas na mój widok w jej oczach pojawiało się autentyczne przerażenie. Na szczęście, zgodnie z teorią Pawłowa, człowieka można przyzwyczaić do wszystkiego a i reakcje zautomatyzować. Teraz na mój widok od razu pyta czy życzę sobie jak zwykle trzydzieści biletów po 60 groszy. Życzę.
Powód jest banalny. Otóż mniej więcej od kwietnia do września mam zwyczaj przesiadać się z samochodu do tramwaju. Mam ten luksus, że jedenastką czy szesnastką mogę dojechać praktycznie wszędzie – do pracy, do znajomych, do ulubionej kawiarni. Na Widzew nie jeżdżę, bo wciąż się obawiam, że w którymś momencie będę musiał po drodze wylegitymować się paszportem.
Ad rem. Otóż w przeciwieństwie do nowoczesnych miast w Łodzi nie ma możliwości kupienia czegoś w rodzaju londyńskiego Oystera, paryskiej Orange czy warszawskiej karty miejskiej. Trzeba posługiwać się biletami. Przez długi czas uruchamiałem procesy myślowe ile i jakich biletów będę potrzebował w najbliższym tygodniu. I zawsze któregoś mi w pewnym momencie brakowało. Przesiadłem się zatem na bilety po 60 groszy, bo mogę je składać w dowolny sposób. Jeżeli jadę do centrum, kasuję dwa. Jeżeli mam do odwiedzenia kogoś na Chojnach, kasuję trzy. Jeżeli muszę poratować znajomego biletem, dostaje cztery. I już, gdy plik biletów zmniejsza się drastycznie, nawiedzam moją już wychowaną kioskarkę.
No to gdzie tu dziwactwo?

Żadnych drobnych, żadnych!
Należę do ludzi starej daty, moim zdaniem facet nie może wyjść z domu bez trzech stów w kieszeni. W gotówce. Po pierwszym przypadku wzywania lawety nauczyłem się tego parę ładnych lat temu i wciąż z powodzeniem stosuję w życiu. Nie płacę również kartami w knajpach. Ileż trzeba mieć naiwności, żeby w stanie mniejszego bądź większego rauszu dać komuś klucz do swojego limitu na karcie! Wystarczy tylko, aby barman odwrócił na chwilę nasz plastik i zapamiętał security code. Od tej chwili cały świat internetowej pornografii on-line stoi przed nim otworem. Za moje.
Ale nigdy nie pozbywam się drobnych, czyli monet pięcio-, dwu- i jednozłotowych. Zawsze mówię, że nie mam. Natomiast bez problemu posługuję się garściami groszaków, jeśli ktoś naprawdę bardzo sobie tych drobnych życzy. I tu również powody są dwa.
Po pierwsze uważam, że skoro ani razu w Londynie czy Paryżu nie zdarzyło mi się usłyszeć pytania o „drobne”, to z całym szacunkiem dla tysiącletniej tradycji – nie widzę powodu, żeby robić to w Polsce. Jak się prowadzi biznes, to się ma drobne w kasie i już. Stosowałem to z powodzeniem również we własnym sklepie, w którym drobniaki przechowywałem w pewnym momencie w woreczkach, bo było ich za wiele. Da się? Da się.
Ale najważniejsze jest to, że inaczej nie mogę zapłacić za parkowanie. Kiedyś wpadłem nawet na taki pomysł, że skoro używam na codzień laptopa, Kindle’a, smartfona i empetrójki to może dam radę nauczyć się płacić telefonem za parkowanie gdzieś w Łodzi. Po przeczytaniu instrukcji co to ja muszę porejestrować, skąd wziąć jakąś brzydką naklejkę, ile odczekać a potem ile dziwacznych kodów pamiętać, żeby nie opłacać ponad normę: dałem sobie spokój. E-płatności kocham w Internecie, ale przy łódzkim parkometrze nie zdaje to w ogóle egzaminu. Skoro nie znam ani jednej osoby, która z tego korzysta, to chyba nie jest to tylko mój problem…

Nigdy też nie kupuję wszystkich ubezpieczeń w jednym towarzystwie. To już choroba zawodowa – od czasu bankructwa AIG nie wierzę nikomu i niczemu w tzw. świecie wielkich finansów.

Przy okazji nie wierzę też w emeryturę od ZUS-u, bo gdy ja zacznę już obgryzać tynki z głodu to Miller, Rostowski, Tusk i Fedak dawno będą gryźć ziemię od spodu i nawet nie będzie do kogo pójść i wylać kubła pomyj (dosłownie lub w przenośni) za to, że zlikwidowali emerytury za pomocą najlepszego możliwego sposobu – nie robienia niczego z finansami publicznymi…

Miało być jeszcze o Windowsach XP, żarówkach energooszczędnych i niechęci do przerabianiu auta na LPG, ale i tak już mi się za dużo napisało jak na poniedziałek.

Bo że nie lubię poniedziałków, to chyba oczywiste, prawda?

Adam Jarecki na Facebooku

Klęska samorządowców

In polityka on 10/10/2011 at 14:19

Adam JareckiOpadł już kurz bitewny i można przyjrzeć się głębiej sytuacji politycznej w Łodzi. Zła wiadomość: łódzcy samorządowcy gremialnie przegrali wybory do Sejmu.

Samorząd zawsze był traktowany jako początek drogi politycznej do Sejmu i Senatu. To się nie zmieniło, ponieważ wielu posłów i senatorów tak właśnie zaczynało. Niestety w tym roku wynik obecnych radnych był bardzo kiepski.

Najwięcej głosów w tym gronie zebrała Elżbieta Królikowska-Kińska, startująca z czwartego miejsca na liście Platformy Obywatelskiej. Nie jest to wielkie zaskoczenie: pani radna była przygnieciona potężnymi nazwiskami. Mimo to odniosła osobisty sukces: gdyby PO zdobyła w Łodzi szósty mandat, prawdopodobnie przypadłby właśnie jej. Nie jest to jeszcze do końca oczywiste, ponieważ tekst piszę na podstawie wyników częściowych (99,79%) a były poseł Jarosław Stolarczyk ma tylko 20 głósów straty. Na marginesie: ciekawe, jak to teraz będzie z tym darmowym Internetem w pięciuset punktach miasta.

Srebrny medal otrzymuje Małgorzata Niewiadomska-Cudak, „trójka” na liście SLD. 3458 to trzeci wynik tej listy, pozbawiający szans na mandat. Może odczuwać małą satysfakcję, gdyż zebrała o tysiąc głosów więcej od „dwójki”, Sylwestra Pawłowskiego, na którego korzyść działał utracony właśnie mandat poselski. Osobiście uważam, że obok Zdzisławy Janowskiej to właśnie pani Małgorzata jest nadzieją łódzkiej lewicy. Tym razem się nie udało, ale – bądźmy uczciwi – jak mogło się udać przy magii nazwiska i doświadczenia prof. Janowskiej?

Natomiast panowie odnieśli porażkę. Jarosław Berger (SLD) zebrał 1636 głosów; wyłażący mi na Julianowie z lodówki Piotr Bors zaledwie 609. Radny Berger ma przynajmniej świadomość, jaki jest jego żelazny elektorat.

Myślę, że przewodniczący Rady Miejskiej przyjął swój wynik ze sporym rozczarowaniem. 1671 głosów na Tomasza Kacprzaka świadczy o słabym odbiorze jego publicznego wizerunku. Kacprzak jest z punktu widzenia politycznego „drugim po Bogu” i satysfakcjonujący wynik wynosiłby co najmniej 2,5-3 tysiące – nawet biorąc pod uwagę potężną konkurencję na jego własnej liście. A jeśli problemem był tylko młody wiek? Być może jego osobisty elektorat zdecydował, że powinien on nabrać jeszcze szlifów w Radzie Miejskiej przed transferem do Sejmu? Tak czy tak, popracowałbym na jego miejscu nad PR-em. Zacząłbym od grzywki. 🙂

Wynik przewodniczącego Komisji Budżetu, Finansów i Polityki Podatkowej Witolda Rosseta wbrew pozorom nie okazał się słaby. Jako „jedynka” Platformy Obywatelskiej w ósmym okręgu samorządowym uzyskał 1919 głosów. Teraz, ze słabiutkiego dziesiątego miejsca i przy bardzo małej kampanii, wypracował 1304. Taki żelazny elektorat jest niezwykle cenny dla samorządowca i nie jest powodem do wstydu.

Indywidualne osobiste sukcesy nie zmieniają jednak ogólnej rzeczywistości. Samorządowcy w Łodzi przegrali te wybory, gromadząc niecałe 14% głosów. To bardzo mało, jeżeli wynik tych sześciu osób (12.608) porównamy z indywidualnym wynikiem choćby Małgorzaty Niemczyk (10.924). Z matematyki wyborczej wynika, że mniej więcej czterech samorządowców to jedna Małgosia. 🙂

Gdy rozmawiałem o tym z jednym z dziennikarzy, usłyszałem podnoszący na duchu argument. Być może elektorat naszych samorządowców po prostu woli mieć ich tutaj, na własnym podwórku. Bo ktoś przecież tą Łodzią musi rządzić, prawda?

Adam Jarecki na Facebooku

Dwóch księży z Łodzi

In polityka on 10/10/2011 at 13:08

2011Przegrana Cezarego Grabarczyka z Krzysztofem Kwiatkowskim i księdzem stała się najgorętszym tematem rozmów kuluarowych zarówno wśród polityków jak i dziennikarzy. To nie jedyna niespodzianka na łódzkiej scenie politycznej.

Powiem wam szczerze, że szkoda mi ministra Grabarczyka. Próbował trzymać w ryzach najgorszy chyba resort, który udowadnia, że nawet największe pieniądze na inwestycje to nie wszystko. Paradoksalnie Grabarczyk przegrał ze specami od PR-u, którzy jakimś cudem przekonali władze PO do wywieszenia na sztandarach nierealnej od samego początku idei „autostrad na Euro 2012”. Tymczasem autostrady oczywiście powstaną (pewnie gdzieś tak do 2014 roku) i będą pomnikiem Cezarego Grabarczyka na następne dziesięciolecia. Nikt mu tego nie odbierze.

Zwycięstwo ministra sprawiedliwości nikogo nie zaskakuje, bo to niewątpliwie najbardziej nośny i medialny resort. Nawet jeśli na pytanie „co się zmieniło” nikt nie jest w stanie podać sensownej odpowiedzi.

Łódź zrobiła Polsce psikusa, wykazując niesamowite poczucie humoru, wybierając do Sejmu dwóch byłych księży*) – Romana Kotlińskiego i Johna Godsona. Przezabawna sytuacja, jako że obaj panowie są jak ogień i woda. Lepszy numer zrobili już tylko krakusi, dając nam pierwszą w historii Polski i jedyną w tej chwili na świecie posłankę po zmianie płci. Symboliczna rewolucja, ale zawsze rewolucja.
Przed szefem „Faktów i mitów” stoi teraz bardzo trudne zadanie: musi nie tylko brylować na salonach, ale również stworzyć mocną strukturę partii Palikota w Łodzi. Będzie to o tyle trudne, że przy tak dużym poziomie zaufania łatwo będzie sprawę sknocić.

W przeciwieństwie do większości obserwatorów ani przez chwilę nie wątpiłem, że w Sejmie znajdzie się Małgorzata Niemczyk. Świat zna ją jako mistrzynię Europy w siatkówce, ale ja patrzę na nią jak na świetnego urzędnika, którym jest od paru lat. Małgosia zaskoczy jeszcze nie raz, bo to naprawdę nie jest tylko celebrytka – jak nie przymierzając Jan Tomaszewski – ale twarda baba umiejąca walczyć nie tylko na billboardach, ale również z urzędniczym betonem. I wygrywająca to, na czym jej zależy. Trzymam kciuki za jej powodzenie na warszawskich salonach.

O niezatapialnej posłance Iwonie Śledzińskiej-Katarasińskiej niewiele mam do powiedzenia, bo od lat próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie, jaki jest właściwie jej polityczny pomnik. Dziennikarski znamy wszyscy – nie byłoby bez niej łódzkiej Gazety Wyborczej. Ale polityczny? Pomóżcie proszę, przecież po 20 latach w Sejmie jakiś być musi.

Jarosław Kaczyński wymanewrował i załatwił „bez mydła” cały łódzki PiS. Mandaty poselskie zabrał strukturom regionalnym dzięki spadachroniarzowi Waszczykowskiemu, celebrycie Tomaszewskiemu i Dariuszowi Barskiemu, którego trudno nazwać inaczej niż pomnikiem upolitycznienia trzeciej władzy. Tymczasem każda partia potrzebuje wsparcia swojego posła w terenie. Jakoś nie widzę, kto miałby tę rolę w łódzkim PiS pełnić. Majstersztyk!

O sytuacji w SLD niewiele mogę powiedzieć. Ciekawe jednak będą polityczne i partyjne wybory Dariusza Jońskiego, który wszedł do Sejmu jako przyjaciel Napieralskiego, grabarza polskiej lewicy. Kogo będzie popierał w rozliczeniach wewnętrznych? Czy pójdzie po rozum do głowy i zwiąże się z Ryszardem Kaliszem czy też z tymi wszystkimi Kalitami, których nikt nigdzie poza partią nie rozpoznaje? Za to na pewno będzie mocno wspierał region łódzki SLD. W końcu na Wiejskiej nie będzie miał praktycznie nic do powiedzenia – podobnie zresztą jak cały klub lewicy. Jeżeli nie omami go chwała mandatu poselskiego i będzie go więcej tutaj niż tam – może jeszcze zamieszać w mieście z najdłuższą handlową ulicą Europy.

Nie mogę nie zwrócić uwagi na jedną przykrą rzecz: klęskę samorządowców w wyborach parlamentarnych. O tym jednak napiszę oddzielnie.

——————
*) – ksiądz czy pastor: dla mnie nie ma to żadnego znaczenia poza kwestią nomenklaturową.

Infografika: Gazeta.pl