Adam Jarecki

Archive for Czerwiec 2012|Monthly archive page

Damien Hirst: cykl życia i śmierci

In ogólne on 10/06/2012 at 16:04

Damien Hirst, For the Love of God, 2007Gdy słyszysz nazwisko Damiena Hirsta, najprawdopodobniej kojarzysz je z brylantowo-platynową czaszką. „Skrajna komercja” – wydziwiasz. Niesłusznie, praca „For the Love of God” wynika bezpośrednio z fascynacji Hirsta cyklem życia i śmierci. Sprowadzanie jej wyłącznie do komercjalizacji współczesnej sztuki jest głęboko niesprawiedliwe.

Damien Hirst miał w swojej karierze różne drogi rozwoju. Nie ominął kolorowych kropek (najbardziej przeze mnie nielubiana część sztuki współczesnej), zabaw z płaszczyznami czy sztuki geometrycznej. Jednak najbardziej charakterystycznym elementem jego prac jest fascynacja odwiecznym cyklem narodzin, życia, chorób i śmierci. Retrospektywna wystawa w Tate Modern pozwala nam prześledzić ją całą i szczerze mówiąc jest to chyba jedyna galeria w Europie, którą na to stać. Dlatego warto poświęcić półtorej godziny w czasie tegorocznej londyńskiej Olimpiady i oderwać się od wrzasku kibiców. Drugi raz taka okazja może się nie powtórzyć.

Damien Hirst, With Dead Head, 1991Kamieniem milowym, czy też właściwie początkowym, w sztuce Damiena Hirsta było zdjęcie zrobione w 1991 roku na uniwersytecie w Leeds. Tam, będąc studentem, tworzył w dziale anatomicznym pierwsze realistyczne rysunki. Fotografia wykonana przez kolegę przedstawia artystę z odciętą głową człowieka. Ten wstrząsający obraz od razu wprowadza nas w nastrój „memento mori”, w którym pozostaniemy do końca zwiedzania wystawy. Choć jest to praca wywołująca obrzydzenie, nie miejmy złudzeń: później będzie już tylko gorzej.

Damien Hirst, Pharmacy, 1992Aby nie doprowadzić Cię od razu do wymiotów, chwyćmy chwilę odpoczynku. Hirsta fascynuje również specyficzna dla naszych czasów kultura lekarstw. W każdym domu znajdziemy co najmniej 30 kolorowych pudełek z cydownymi medykamentami, bez których co prawda ludzkość przetrwała tysiące lat, ale człowiek XXI wieku żyć sobie nie wyobraża. Medycyna występuje w pracach Hirsta na różne sposoby, wszystkie jednak łaczą geometryzację pigułek, narzędzi czy opakowań.
Instalacja „Pharmacy” z 1992 roku to coś w rodzaju współczesnej świątyni leków. Na dziesiątkach półek znajdziemy setki lekarstw – od stareńkich sprzed ponad 40 lat po współczesne środki antyretrowirusowe. Od morderczego w swoich skutkach Thalidomidu (powodu narodzin tysięcy zdeformowanych ludzi, których matki zażywały ten „cudowny” lek na mdłości), poprzez nie stosowane już antybiotyki pierwszej generacji po Combivir, pomagający ludzkości w zwalczaniu wirusa HIV. Znajdziesz też leki, które nigdy nie istniały i wychwytywanie ich sprawia dużo satysfakcji.
Na pierwszy rzut oka praca nie wywołuje nadmiernych emocji. Aby zrozumieć, o co w tej instalacji chodzi, musisz podejść do półek i przyjrzeć się szczegółom. Znajdziesz tam leki swojej babci, swoją odżywkę na siłownię i w pewnym momencie zaczniesz się zastanawiać – czy to naprawdę jest nam tak niezbędne do życia?
Chwilę później, przy następnej instalacji, zaskoczy cię dwuznaczne piękno tych tysięcy pigułek, które połykasz.

Damien Hirst, Lullaby, the Seasons, 2002

Damien Hirst, Doorways to the Kingdom of Heaven, 2007Często kłócimy się, jaki twór natury jest najpiękniejszy. Z całym szacunkiem dla gór, drzew, kolibrów czy zalewających Facebooka kotków – nie ma niczego bardziej fascynującego i różnorodnego od motyli. Są one owadami symbolicznymi, zarówno ze względu na ich stadia rozwoju – od poczwarki do pięknego stworzenia – jak i krótkości życia. Damien Hirst fascynuje się pieknem motyli od wielu lat. Na dobry początek widzimy jego monumentalną pracę: „Doorways to the Kingdom of Heaven”. Jest to ogromny trzyczęściowy „witraż” zrobiony z tysięcy motylich skrzydeł. Zaskakuje precyzją wykonania przy zbliżeniu jak i monumentalnością przy oglądaniu go z większej odległości. Absolutna perfekcja, mimo wielu innych prac Hirsta wykorzystujących ten „materiał”, które obejrzymy na tej samej wystawie, to właśnie ten witraż pozostanie nam w pamięci.

Przyzwyczailiśmy się do instalacji złożonych z przedmiotów nieożywionych. Rzadko zdarza się oglądać pracę opartą o żywe stworzenia – taką jak „In and Out of Love”. Oryginalnie instalację Hirst wykonał w 1990 roku i do dzisiaj, do lata 2012 r., nigdy jej nie odtwarzał.

Damien Hirst, In and Out of Love, 1990-2012

Jeden z pokoi wystawienniczych – odgrodzony od pozostałych przezroczystymi pasami z plastiku – Hirst zmienił w pokój życia i śmierci motyli. W wysokiej temperaturze i męczącej człowieka wilgotności wykluwają się, żyją, rozmnażają i umierają kolejne pokolenia motyli. Mają do dyspozycji kilkadziesiąt metrów kwadratowych, wiele różnych rodzajów kwiatów, ścianę na kokony oraz misy z przekrojonymi owocami. Wchodząc do tej sali odczuwamy drastyczne zmiany nastroju: od euforii (tyle pięknych motyli latających wokół nas) przez smutek (widzimy wszystkie stadia rozwoju motyla, który żyje krótko) do przerażenia (gdy jeden z większych okazów, nieszczególnie się nami przejmując, leci nam prosto na twarz). Poruszamy się tam powoli, bez gwałtownych ruchów, aby owadów nie wystraszyć. Po chwili odnosimy wrażenie, że czas jakby się zatrzymał: motyli cykl życia i śmierci jest krótki, ale wypełniony ciszą i spokojem. Mało kto wychodzi z sali nie wstrząśnięty.

Damien Hirst, Mother and Child Divided, 2007Odpoczęliśmy już trochę od drastycznych wizji artysty, czas zatem do nich powrócić.
Damien Hirst stał się znany z powodu tworzonych przez siebie wielkich akwariów zawierających martwe, często przecięte, zwierzęta pływające w formalinie. Na wystawie retrospektywnej widzimy większość jego prac z tej serii – od najsłynniejszego atakującego rekina, poprzez białe i czarne owce aż po szokującą instalację „Mother and Child Divided”. Instalacja składa się z dwóch akwariów: w jednym widzimy przecięte cielę, w drugim krowę. Z niezwykłą pieczołowitością Hirst odtwarza prawidłowy układ narządów wewnętrznych. Nasz szok potęguje fakt, że przecięta krowa-matka była w ciąży. Widzimy zatem także przekrój słabo rozwiniętego płodu.
Wciąż jednak nie jest to praca najbardziej wstrząsająca. Mimo całej swojej ohydy, „Mother…” jest pracą aseptyczną, czystą i higieniczną. Nie da się tego powiedzieć o następnym dziele, które – oglądane na żywo – naprawdę przyprawia o mdłości.

Damien Hirst, A Thousand Years, 1990-2012

Na środku sali stoi akwarium, tym razem nie jest wypełnione wodą. Na środku przedziela je na dwie części płyta z pleksiglasu z kilkoma niewielkimi otworami. Po prawej stronie spory sześcian – również z otworami. W sześcianie tym składają jaja i rodzą się muchy. W którymś momencie swojego życia przywabia je lewa strona akwarium.
Damien Hirst, A Thousand Years, 2012Widzimy tam odcięty łeb krowy leżący na podłodze i polany krwią. Bezpośrednio nad nią urządzenie świetlne, które zabija wpadające w nie muchy. W ten sposób Hirst ingeruje w odwieczny (tytułowy tysiącletni) cykl życiowy tych mało przyjemnych owadów. Wabi latające w sąsiednim boksie muchy, zabija je i każe nam zastanowić się nad wartością naszego własnego życia – w gruncie rzeczy niewiele różniącego się od muszego.
Instalacja wywołała wiele protestów ze strony organizacji walczących o prawa zwierząt. O dziwo jednak żadna z nich nie litowała się nad umierającymi setkami much. Chodziło wyłacznie o łeb krowy… Hirst zmienił zatem projekt na fałszywą głowę, polaną tylko krwią. Siła wyrazu została utrzymana, protesty zwierzątkolubów uciszone.

Brytyjczycy nie boją się bezpośredniego kontaktu dzieci ze sztuką. W National Gallery siedzą one na podłodze i odrysowują prace Rubensa, Dalego, Renoira czy Cezanne’a. Robią to bez szczególnego nadzoru, dosłownie o metr od bezcennych dzieł powstałych na naszym kontynencie.
Jednak widok dzieci w wózkach na wystawie Damiena Hirsta zdecydowanie mnie zaskoczył. O luzie odwiedzających świadczy ostatnie zdjęcie: matka trzyma w ręku pudełeczko ze zmiksowanymi owocami, którymi dosłownie chwilę wcześniej karmiła swoje dziecko. Tuż przy jednej z owieczek w formalinie i jakieś dwa metry od pracy „A Thousand Years”. A potem się dziwimy, że Brytyjczycy nadal utrzymują swoje imperium!

Powróćmy jednak do Damiena Hirsta. Przezywano go hochsztaplerem, oszustem, skomercjalizowanym pseudo-artystą. Pierwsza w historii wystawa retrospektywna udowadnia jednak, że za rozgłosem medialnym kryje się naprawdę dobry artysta. Umie manipulować emocjami i uczuciami swoich widzów, ma klarowną i jasną wizję otaczającego nas świata. Ma również spore poczucie humoru, które wyziera szczególnie z jego prac ruchomych, na których prezentację zabrakło mi już miejsca. Odtwarzając swoje najsłynniejsze dzieła z przełomu XX i XXI wieku Hirst pokazał i mediom i krytykom, że masowe sprzedawanie niewielkich prac w limitowanych ilościach jest tylko sposobem na umożliwienie mniej zamożnym ludziom bezpośredniego kontaktu ze sztuką współczesną – w swoim własnym domu. Udowodnił, że zmitologizowana „brylantowa czaszka” nie była humbugiem stworzonym na potrzeby tabloidów, lecz wynika z jego własnych wizji cyklu życia i smierci. Tej samej, która prowadzi go od ponad 20 lat i która będzie go prowadzić w przyszłości.

Wystawa ta jest typowym MUST-SEE. Znacznie ciekawszym i ważniejszym od nudnego Tower, disneyowskiego London Eye czy nonsensownego gabinetu figur woskowych Madame Tussauds.

Kontakt ze sztuką Damiena Hirsta nie jest ani łatwy ani przyjemny. Pozostaje jednak w pamięci i może wpływać na nasze postrzeganie świata. Przypomni, że do śmierci zostało ci już tylko …dziesiąt lat i czas ten bardzo szybko przeminie – wykorzystaj go najlepiej jak potrafisz.

Więcej zdjęć: TotallyCoolPix.com

Tate Modern, DAMIEN HIRST, do 9 września 2012 r.

Reklamy