Adam Jarecki

Ukraiński Mordor

In sztuka on 27/08/2014 at 11:08

Są takie książki, które w chwili wprowadzenia na rynek niewiele lub zgoła nic nie znaczą. A potem wszystko przewraca się do góry nogami. Wydany w maju 2013 r. pół-reportażowy, pół-satyryczny „Przyjdzie Mordor i nas zje” jest ich idealnym przykładem. Z lekko wulgarnej i zbędnej czytelnikom portali Axela Springera książczyny wyłonił się profetyczny zestaw społecznych fotografii, dokładnie wyjaśniający nam, dlaczego na Ukrainie dzieje się to, co się dzieje; dlaczego ta wojna musiała wybuchnąć; dlaczego polityka Polski jest bezsensowna i – last but not least – czym to wszystko się skończy.

Oczywiście wiele można tej książce zarzucić. Choćby to, że wulgaryzmy odautorskie strasznie uwierają – bywając zupełnie zbędnymi, gdyż w cytatach z Ukraińców jest ich dość. Albo to, że podejście typu „krul świata na dzikim wschodzie” nie do końca odpowiada prawdzie; choć rzecz jasna umiem sobie wyobrazić, że plecakowcy zachowują się dokładnie tak. Przeszkadza wreszcie brak uczciwej próby zrozumienia mentalności Ukraińców (zalotne udawania nie przekonują). Szczerek sygnalizuje co prawda, że pisze kolejne rozdziały z punktu widzenia twórcy tekstów gore (słowo do sprawdzenia w Wikipedii), jednak wyznanie to nie ocieka szczerością. Raczej sprawia wrażenie asekuracji, aby „lewactwo nie wyklęło”.

A jednak nagle stała się to książka ważna. Szczerkowi udało się bowiem przedstawić soczyste obrazy ukraińskiej rzeczywistości sprzed eksplozji kozackiego Majdanu, obalenia Janukowycza i faktycznego załamania ukraińskiej państwowości. Z absolutnie niepoprawnej politycznie satyry stała się diagnozą społeczną i polityczną.

Ze schodów odeskich roztaczał się absurdalnie paskudny widok na port. W porcie wisiały plakaty Julii Tymoszenko. Wyglądała tu jak okupantka. W ogóle język ukraiński, który gdzieniegdzie błyskał, wyglądał jak język okupanta.

W jednej ze scen Szczerek wywala nam – przepełnionym hipokryzją ale i utopionym we własnych kompleksach Polakom ze spokojnego Zachodu – prawdę, kawę na ławę:

– Przyjeżdżacie tutaj, bo w innych krajach się z was śmieją. I mają was za to, za co wy macie nas: za zacofane zadupie, z którego się można ponabijać. I wobec którego można poczuć wyższość. Bo wszyscy mają was za zabiedzoną, wschodnią hołotę – ciągnęła ona tymczasem, patrząc mi tymi czarnymi dziurami prosto w oczy. – Nie tylko Niemcy, ale i Czesi, nawet Słowacy i Węgrzy. To tylko wam się wydaje, że Węgrzy to są tacy wasi zajebiści kumple. Tak naprawdę nabijają się z was, jak wszyscy inni. Nie wspominając o Serbach czy Chorwatach. Nawet, kolego, Litwini. Wszyscy uważają was za trochę inną wersję Rosji. Za trzeci świat. Tylko wobec nas możecie sobie pobyć protekcjonalni. Odbić sobie to, że wszędzie indziej podcierają sobie wami dupy.

W książce znajdziemy wiele smaczków, które po wypraniu z wulgaryzmów i ozdobników mogłyby stać się całkiem niezłymi artykułami socjologicznymi. Postać banderowca Tarasa wykłada nam ideę niezmywalnego podziału Ukrainy na wschodnią i zachodnią (czyli niemiecką – do tego kręgu kulturowego całkiem słusznie zalicza i Polskę). Ba, wskazuje, że rozpad państwa na te dwie części byłoby zdarzeniem jak najbardziej logicznym i w gruncie rzeczy pozytywnym dla obu stron. Wtedy, w maju 2013 r., można było machnąć na takie pomysły ręką. Teraz, z wojną u wschodnich granic, już nie.

O obrazach wschodniego brudu, syfu, mogiły, gó**a i tym podobnych nie bardzo jest sens wspominać. Opisywano to już w wielu książkach, zarówno naukowych, publicystycznych jak i reportażach – zwykle lepiej i skuteczniej, choć rzadko dosadniej. Obrazów tych znajdziemy w „Mordorze” dużo, niekiedy sprawiają wrażenie dodanych na siłę. Nie do końca przekonuje również zamysł pokazania w formie relacji z podróży do wielu miast i miasteczek Ukrainy tego, że wszędzie jest tam tak samo. Że Europą na tym tle jest Rumunia (strona 115 wydania papierowego, jeśli ktoś lubuje się w przypisach). Że ostoją cywilizacji okazuje się nawet Słowacja.

I tylko dwa razy miałem wrażenie, że z bezosobowej ironii i tym podobnych odruchów obronnych wyłania się to, co naprawdę o Ukrainie myśli autor. Pierwszy raz tutaj:

Usiadłem na ławce, tyłem do Rumunii, i patrzyłem przed siebie. To tu się, myślałem, zaczyna przestrzeń, która obowiązuje stąd, z tego początku, aż po Władywostok, po Sachalin, po Japonię i Koreę Północną. (…) Nasze europejskie myślenie o przestrzeni jest tu jak domek dla lalek przy hali fabrycznej. U nas granica jest czymś naturalnym a tu – wynaturzeniem.

A drugi raz w świetnym finale:

Przez Ukraińców przeszedłem szybko. W polskim przejściu wszedłem do bramki „dla obywateli UE”. Patrzyłem, jak pogranicznicy w bramce obok, w bramce dla gorszych, dla unternarodów, upokarzają jakiegoś starszego Ukraińca. Był siwy i wysoki, miał elegancko przystrzyżoną bródkę. Mówił, że jest pisarzem i że ma w Krakowie spotkanie autorskie. Mówił to zresztą nienaganną polszczyzną. Polscy pogranicznicy, dwudziestokilkuletnie szczyle, mówili do niego per „ty” i pytali, dlaczego nie jedzie promować swojej książki do Kijowa.
Zaciskałem pięści i było mi wstyd.
Tak bardzo, kurwa, wstyd.

Moi drodzy, lektura obowiązkowa:

Ziemowit Szczerek „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, Korporacja Ha!art, Kraków 2013

…dostępna w postaci drukowanej oraz jako tani jak barszcz ebook.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s