Adam Jarecki

Archive for the ‘ogólne’ Category

Kiepska książka o przykrych sprawach

In ogólne on 23/07/2014 at 10:40

Czasem mamy ochotę trochę się posamobiczować. Na przykład czytając książkę o tym, jacy to my – wybrańcy świata – jesteśmy okropni. Usiadłem na wakacjach (1 tona dwutlenku węgla pozostała po mnie w powietrzu) z książeczką udowadniającą moje grzechy i… zawiodłem się sromotnie.

Tytuł był rewelacyjny: „Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym”. Opisy i recenzje również. A po lekturze nie mogę opędzić się od wrażenia, że wszyscy jakoś straszliwie zgłupieliśmy. Autorka, bo jej „reportaże” to głównie, za przeproszeniem, sraczka umysłowa o niczym lub kilku tabelach z jakiegoś starego artykułu. Wydawca, bo liczba błędów stylistycznych i kilku ortograficznych (o przecinkach nie wspominając) z lekka przytłacza. I recenzenci, bo to badziewie, będące kiepskim plagiatem wielu lepszych pozycji, opisywali jako odkrywczy wyrzut sumienia. I wreszcie czytelnicy, którzy już po pierwszych dziesięciu stronach widzą, że nie warto – a mimo to dręczą się w nadziei, że coś jeszcze z tego wyniknie. W końcu dwadzieścia złotych piechotą nie chodzi.

Tymczasem książka jest PO PROSTU zupełną stratą czasu. Nie trzeba do tego dorabiać żadnej ideologii. Jeżeli chcecie pouprawiać odrobinę tak nam niezbędnego do życia masochizmu, zajrzyjcie do książek Naomi Klein. Niekoniecznie do z lekka zmurszałego już „No logo”, ale na przykład do „Doktryny szoku”. Znajdziecie tam kilka rozdziałów, które ubiczują was za wakacje w Tunezji, na Wyspach Kanaryjskich czy Dominikanie. Koniecznie przy szklaneczce czegoś za darmo w ramach all-inclusive.

Jennie Dielemans „Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym.”, Wydawnictwo Czarne 2012.

Ślepy demon

In ogólne on 31/05/2014 at 19:21

Czas odłożyć pracę na bok, bo nie ma niczego ważniejszego niż przeczytanie recenzenckiej wersji przyszłego hitu wydawniczego. 🙂

Ślepy demon Witold Jabłoński

Cytaty

In ogólne on 01/08/2013 at 10:19

– Och, z mężem świetnie mi się układa. Unikamy rozmów i dlatego nadal myślę, że on mnie kocha.

——————————

Ktoś obok przysiada na ławce (…)
Szymon patrzy na gościa i wcale się nie dziwi, że go zna. W istocie nieznajomi ludzie nie siadają na ławkach zajętych przez nieznajomych ludzi, zachowanie takie byłoby wysoce niehigieniczne. Po to jest Facebook, żeby nie siadać obok nieznajomych w parku, żeby nie pobrudzić się rozmową z drugim, niespodziewanym człowiekiem.
– Cześć – mówi Szymon i w ogole nie oczekuje odpowiedzi.

——————————

Wieczorem zorganizowano ognisko. Takie z kiełbaskami oraz muzyką. Ludzie tańczyli raczej osobno niż w parach, Ninel chciała tańczyć, lecz się wstydziła, tak sama do siebie, to po próżnicy.
Podszedł do niej młodziutki chłopak, znała go ze słyszenia, chyba Marcin, bardzo zdolny – przyszły i potencjalny – krytyk filmowy.
– Zatańczyłaby pani ze mną? – zapytał.
Kiwnęła na tak i tańczyli, przytuleni, a gdy rytm skakał, skakali. Jeden taniec, drugi, trzeci, czwarty.
Muzyka się urwała, ognisko dogasało, kiełbaski pożarto.
– Dziękuję za taniec – powiedziała, zarumieniona i lekka.
– Pani nawet sobie nie wyobraża, co dla mnie ten taniec znaczył! – wyrzucił z entuzjazmem Marcin.
Spojrzała na chłopca czujniej, taka deklaracja nie wróżyła niczego miłego.
– A co niby znaczył?
– No… Tańcząc z panią, to tak jakbym tańczył z Historią! Jakbym tańczył z samym Michnikiem!
Spoliczkowała go.
Historia historią, ale nawet ona musi ustąpić przed kobiecością.

——————————

Ninel zna prawdę, jakąś prawdy odsłonę: nienawidzi Łodzi nie dlatego, że jest lepka, buro-szara, przesiąknięta trupią wonią getta i źle strawionym alkoholem; nienawidzi nie dlatego, że miasto przypomina porzucone przez królową mrowisko, czarny lej, zasysający beznadzieję i wątłe kwoty skapujące z zasiłków dla nieuleczalnie przegranych i uszkodzonych ludzi; nienawidzi nie dlatego, że nie widzi przed miastem przyszłości, to miasto nie radzi sobie nawet z przeszłością, gnije bez wdzięku, niczym ogarnięta gangreną noga; to wszystko nieprawda, przedprawda, poprawda, obokprawda. Nienawidzi Łodzi, ponieważ Łódź jest gniazdem. Gniazdem wychuchanym i zamieszkanym przez matkę. (…)
Woli spacer znienawidzoną Łodzią od taksówki z jednej przyczyny – spacer odwleka spotkanie z matką. Spacerując, w pewien nieoczywisty sposób oczyszcza się, pozwala, aby jej nienawiść wsiąkała w miasto, zahaczała się o odpadające tynki, przyklejała do przechodniów. (…)
Nienawiść przypomina przegrzaną, rozmiękczoną gumę do żucia, wybiega, wystrzeliwuje szybkimi, przejrzystymi splunięciami z gardła i trzewi Ninel, i przylepia się do budynków i ludzi, żeby – docelowo – wystrzelić ją, Ninel, jak z procy i lepkiej pajęczej sieci, wprost w matkę.
Ninel stoi przed drzwiami pomalowanymi lśniącą olejną farbą.
Już nie znajduje w sobie nienawiści.
Obrzygałam nienawiścią miasto, myśli.
Teraz po prostu się boję, że mnie znowu będzie bolało. Znowu. Sześćdziesiąt lat na karku, a boję się, jak czterdzieści lat temu.

——————————

Nie ma sensu strzępić języka po próżnicy – po prostu biegiem do księgarni lub ebookarni i nie wychodźcie bez „Ości”.

Ignacy Karpowicz „Ości”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

Chrześcijanin w pracy nie może dyskryminować

In ogólne on 15/01/2013 at 13:42

Adam JareckiDzisiaj – 15 stycznia 2013 roku – świat stał się odrobinę lepszy. Europejski Trybunał Praw Człowieka w swoim orzeczeniu zakazał przenoszenia zasad wyznawanej religii do miejsca pracy.

Od razu podam sygnatury i link do wyroku:

  • Ladele v. United Kingdom (no. 51671/10)
  • McFarlane v. United Kingdom (no. 36516/10)
  • Eweida v. United Kingdom (no. 48420/10)
  • Chaplin v. United Kingdom (no. 59842/10)
  • Wyrok Trybunału

Wszystkie sprawy trybunał rozpatrzył łącznie. Dotyczyły one bowiem podobnych spraw: w jaki sposób można stosować w pracy zasady religijne wyznawanej wiary? Odpowiedzi są mocne i będą miały duże znaczenie także w Polsce. Bo nie wątpię, że oręż wręczony obrońcom równości przez ETPCz będzie musiał być wielokrotnie stosowany.

1. Ladele i McFarlane kontra Wielka Brytania – czy urzędnik może odmówić usług na rzecz par gejowskich?
ETPCz połaczył sprawy pań Ladele i McFarlane, gdyż dotyczyły praktycznie identycznej sytuacji. Obie panie są praktykującymi katoliczkami; uważają, że związki jednopłciowe są sprzeczne z wolą wyznawanego przez nie boga i odmówiły obsługi par jednopłciowych.
Pani McFarlane pracowała w brytyjskiej organizacji Relate, która zajmuje się doradztwem małżeńskim i terapiami problemów emocjonalnych i seksualnych w związkach. Ponieważ „geje to zło”, odmówiła pracy z parami jednopłciowymi i została za to zwolniona.
W Polsce szerszym echem odbiła się sprawa pani Ladele. Otóż pracowała ona w – przekładając na nasze warunki – urzędzie stanu cywilnego w Islington (dzielnica Londynu). Po wejściu w życie przepisów o rejestrowanych związkach partnerskich par jednopłciowych wszyscy urzędnicy zostali zobowiązani do przeprowadzania ceremonii także dla nich. Pani Ladele odmówiła uczestnictwa w takich ceremoniach – bo jak już wiemy „geje to zło” – i w związku z tym została zwolniona z pracy.
W obu przypadkach ETPCz odrzucił skargi. Uznał, że w takich przypadkach wpływ religii wyznawanej przez obie panie naruszał prawa człowieka par jednopłciowych. Urzędnik nie może odmówić pełnienia obowiązków. Doradca małżeński nie może doprowadzać do sytuacji, że pracodawca byłby zmuszony do dyskryminacji par jednopłciowych.
Wygląda na to, że obie te sprawy przypomną się wiele razy w Polsce – wcześniej czy później.

2. Krzyżyki stewardessy i pielęgniarki
Być może pamiętacie sprawę Eweidy. Kobiecie tej – praktykującej katoliczce – British Airways zakazało noszenia w widocznym miejscu krzyżyka.
Eweida pracowała na check-inie i nie zgadzała się na dostosowanie do wymogów uniformu British Airways. Nakazano jej albo zdjęcie krzyżyka albo też przeniesienie się do pracy biurowej, gdzie nie miałaby kontaktu z klientami BA. Eweida nie zgodziła się ani na jedno ani na drugie rozwiązanie i została zwolniona z pracy.
ETPCz uznało prawo British Airways do określenia dokładnego ubioru pracowników kontaktujących się z klientami. Nakazanie zdjęcia emblematu religijnego Trybunał uznał jednak za zbyt daleko idące rozwiązanie. Zaznaczył, że nie można porównywać chęci noszenia na wierzchu krzyżyka do np. turbanów. Turban bowiem jest (np. dla Sikhów) absolutnie koniecznym wymogiem religijnym – podobnie jak np. hidżab. Z kolei religia katolicka nie nakazuje bezpośrednio noszenia emblematu krzyża na wierzchu ubrania. Trybunał zwrócił uwagę, że prawo brytyjskie powinno zająć się interpretacją wolności głoszenia religii a nie ma żadnych przepisów w tej sprawie. Ponieważ państwo nie broni wolności prezentacji przekonań religijnych, musi zapłacić 2 tys. euro odszkodowania i 30 tys. euro zwrotu kosztów dla pani Eweidy. Natomiast żadna kara nie dotknęła British Airways, ponieważ problem nie leżał w jej kompetencjach lecz w kompetencjach ustawodawcy – parlamentu Zjednoczonego Królestwa.
W sprawie pani Chaplin trybunał odrzucił skargę. Pani Chaplin była pielęgniarką zajmującą się staruszkami (oddział geriatryczny). Pracodawca nakazał jej zdjęcie krzyżyka, gdyż zabrania używania jakiejkolwiek biżuterii podczas wykonywania pracy. I miał – zdaniem ETPCz – rację, ponieważ biżuteria może być niebezpieczna dla pacjentów. Ze swojej strony dodam, że podobne zasady obowiązują pielęgniarzy czy lekarzy w szpitalach – muszą oni zdejmować nawet obrączki małżeńskie o kolczykach czy klipsach już nie wspominając.

Ufff. Doradzam dokładne przeczytanie całego wyroku, może się okazać, że wielu z Was będzie mogło się na niego powołać w przyszłości.

Adam Jarecki na Facebooku

Damien Hirst: cykl życia i śmierci

In ogólne on 10/06/2012 at 16:04

Damien Hirst, For the Love of God, 2007Gdy słyszysz nazwisko Damiena Hirsta, najprawdopodobniej kojarzysz je z brylantowo-platynową czaszką. „Skrajna komercja” – wydziwiasz. Niesłusznie, praca „For the Love of God” wynika bezpośrednio z fascynacji Hirsta cyklem życia i śmierci. Sprowadzanie jej wyłącznie do komercjalizacji współczesnej sztuki jest głęboko niesprawiedliwe.

Damien Hirst miał w swojej karierze różne drogi rozwoju. Nie ominął kolorowych kropek (najbardziej przeze mnie nielubiana część sztuki współczesnej), zabaw z płaszczyznami czy sztuki geometrycznej. Jednak najbardziej charakterystycznym elementem jego prac jest fascynacja odwiecznym cyklem narodzin, życia, chorób i śmierci. Retrospektywna wystawa w Tate Modern pozwala nam prześledzić ją całą i szczerze mówiąc jest to chyba jedyna galeria w Europie, którą na to stać. Dlatego warto poświęcić półtorej godziny w czasie tegorocznej londyńskiej Olimpiady i oderwać się od wrzasku kibiców. Drugi raz taka okazja może się nie powtórzyć.

Damien Hirst, With Dead Head, 1991Kamieniem milowym, czy też właściwie początkowym, w sztuce Damiena Hirsta było zdjęcie zrobione w 1991 roku na uniwersytecie w Leeds. Tam, będąc studentem, tworzył w dziale anatomicznym pierwsze realistyczne rysunki. Fotografia wykonana przez kolegę przedstawia artystę z odciętą głową człowieka. Ten wstrząsający obraz od razu wprowadza nas w nastrój „memento mori”, w którym pozostaniemy do końca zwiedzania wystawy. Choć jest to praca wywołująca obrzydzenie, nie miejmy złudzeń: później będzie już tylko gorzej.

Damien Hirst, Pharmacy, 1992Aby nie doprowadzić Cię od razu do wymiotów, chwyćmy chwilę odpoczynku. Hirsta fascynuje również specyficzna dla naszych czasów kultura lekarstw. W każdym domu znajdziemy co najmniej 30 kolorowych pudełek z cydownymi medykamentami, bez których co prawda ludzkość przetrwała tysiące lat, ale człowiek XXI wieku żyć sobie nie wyobraża. Medycyna występuje w pracach Hirsta na różne sposoby, wszystkie jednak łaczą geometryzację pigułek, narzędzi czy opakowań.
Instalacja „Pharmacy” z 1992 roku to coś w rodzaju współczesnej świątyni leków. Na dziesiątkach półek znajdziemy setki lekarstw – od stareńkich sprzed ponad 40 lat po współczesne środki antyretrowirusowe. Od morderczego w swoich skutkach Thalidomidu (powodu narodzin tysięcy zdeformowanych ludzi, których matki zażywały ten „cudowny” lek na mdłości), poprzez nie stosowane już antybiotyki pierwszej generacji po Combivir, pomagający ludzkości w zwalczaniu wirusa HIV. Znajdziesz też leki, które nigdy nie istniały i wychwytywanie ich sprawia dużo satysfakcji.
Na pierwszy rzut oka praca nie wywołuje nadmiernych emocji. Aby zrozumieć, o co w tej instalacji chodzi, musisz podejść do półek i przyjrzeć się szczegółom. Znajdziesz tam leki swojej babci, swoją odżywkę na siłownię i w pewnym momencie zaczniesz się zastanawiać – czy to naprawdę jest nam tak niezbędne do życia?
Chwilę później, przy następnej instalacji, zaskoczy cię dwuznaczne piękno tych tysięcy pigułek, które połykasz.

Damien Hirst, Lullaby, the Seasons, 2002

Damien Hirst, Doorways to the Kingdom of Heaven, 2007Często kłócimy się, jaki twór natury jest najpiękniejszy. Z całym szacunkiem dla gór, drzew, kolibrów czy zalewających Facebooka kotków – nie ma niczego bardziej fascynującego i różnorodnego od motyli. Są one owadami symbolicznymi, zarówno ze względu na ich stadia rozwoju – od poczwarki do pięknego stworzenia – jak i krótkości życia. Damien Hirst fascynuje się pieknem motyli od wielu lat. Na dobry początek widzimy jego monumentalną pracę: „Doorways to the Kingdom of Heaven”. Jest to ogromny trzyczęściowy „witraż” zrobiony z tysięcy motylich skrzydeł. Zaskakuje precyzją wykonania przy zbliżeniu jak i monumentalnością przy oglądaniu go z większej odległości. Absolutna perfekcja, mimo wielu innych prac Hirsta wykorzystujących ten „materiał”, które obejrzymy na tej samej wystawie, to właśnie ten witraż pozostanie nam w pamięci.

Przyzwyczailiśmy się do instalacji złożonych z przedmiotów nieożywionych. Rzadko zdarza się oglądać pracę opartą o żywe stworzenia – taką jak „In and Out of Love”. Oryginalnie instalację Hirst wykonał w 1990 roku i do dzisiaj, do lata 2012 r., nigdy jej nie odtwarzał.

Damien Hirst, In and Out of Love, 1990-2012

Jeden z pokoi wystawienniczych – odgrodzony od pozostałych przezroczystymi pasami z plastiku – Hirst zmienił w pokój życia i śmierci motyli. W wysokiej temperaturze i męczącej człowieka wilgotności wykluwają się, żyją, rozmnażają i umierają kolejne pokolenia motyli. Mają do dyspozycji kilkadziesiąt metrów kwadratowych, wiele różnych rodzajów kwiatów, ścianę na kokony oraz misy z przekrojonymi owocami. Wchodząc do tej sali odczuwamy drastyczne zmiany nastroju: od euforii (tyle pięknych motyli latających wokół nas) przez smutek (widzimy wszystkie stadia rozwoju motyla, który żyje krótko) do przerażenia (gdy jeden z większych okazów, nieszczególnie się nami przejmując, leci nam prosto na twarz). Poruszamy się tam powoli, bez gwałtownych ruchów, aby owadów nie wystraszyć. Po chwili odnosimy wrażenie, że czas jakby się zatrzymał: motyli cykl życia i śmierci jest krótki, ale wypełniony ciszą i spokojem. Mało kto wychodzi z sali nie wstrząśnięty.

Damien Hirst, Mother and Child Divided, 2007Odpoczęliśmy już trochę od drastycznych wizji artysty, czas zatem do nich powrócić.
Damien Hirst stał się znany z powodu tworzonych przez siebie wielkich akwariów zawierających martwe, często przecięte, zwierzęta pływające w formalinie. Na wystawie retrospektywnej widzimy większość jego prac z tej serii – od najsłynniejszego atakującego rekina, poprzez białe i czarne owce aż po szokującą instalację „Mother and Child Divided”. Instalacja składa się z dwóch akwariów: w jednym widzimy przecięte cielę, w drugim krowę. Z niezwykłą pieczołowitością Hirst odtwarza prawidłowy układ narządów wewnętrznych. Nasz szok potęguje fakt, że przecięta krowa-matka była w ciąży. Widzimy zatem także przekrój słabo rozwiniętego płodu.
Wciąż jednak nie jest to praca najbardziej wstrząsająca. Mimo całej swojej ohydy, „Mother…” jest pracą aseptyczną, czystą i higieniczną. Nie da się tego powiedzieć o następnym dziele, które – oglądane na żywo – naprawdę przyprawia o mdłości.

Damien Hirst, A Thousand Years, 1990-2012

Na środku sali stoi akwarium, tym razem nie jest wypełnione wodą. Na środku przedziela je na dwie części płyta z pleksiglasu z kilkoma niewielkimi otworami. Po prawej stronie spory sześcian – również z otworami. W sześcianie tym składają jaja i rodzą się muchy. W którymś momencie swojego życia przywabia je lewa strona akwarium.
Damien Hirst, A Thousand Years, 2012Widzimy tam odcięty łeb krowy leżący na podłodze i polany krwią. Bezpośrednio nad nią urządzenie świetlne, które zabija wpadające w nie muchy. W ten sposób Hirst ingeruje w odwieczny (tytułowy tysiącletni) cykl życiowy tych mało przyjemnych owadów. Wabi latające w sąsiednim boksie muchy, zabija je i każe nam zastanowić się nad wartością naszego własnego życia – w gruncie rzeczy niewiele różniącego się od muszego.
Instalacja wywołała wiele protestów ze strony organizacji walczących o prawa zwierząt. O dziwo jednak żadna z nich nie litowała się nad umierającymi setkami much. Chodziło wyłacznie o łeb krowy… Hirst zmienił zatem projekt na fałszywą głowę, polaną tylko krwią. Siła wyrazu została utrzymana, protesty zwierzątkolubów uciszone.

Brytyjczycy nie boją się bezpośredniego kontaktu dzieci ze sztuką. W National Gallery siedzą one na podłodze i odrysowują prace Rubensa, Dalego, Renoira czy Cezanne’a. Robią to bez szczególnego nadzoru, dosłownie o metr od bezcennych dzieł powstałych na naszym kontynencie.
Jednak widok dzieci w wózkach na wystawie Damiena Hirsta zdecydowanie mnie zaskoczył. O luzie odwiedzających świadczy ostatnie zdjęcie: matka trzyma w ręku pudełeczko ze zmiksowanymi owocami, którymi dosłownie chwilę wcześniej karmiła swoje dziecko. Tuż przy jednej z owieczek w formalinie i jakieś dwa metry od pracy „A Thousand Years”. A potem się dziwimy, że Brytyjczycy nadal utrzymują swoje imperium!

Powróćmy jednak do Damiena Hirsta. Przezywano go hochsztaplerem, oszustem, skomercjalizowanym pseudo-artystą. Pierwsza w historii wystawa retrospektywna udowadnia jednak, że za rozgłosem medialnym kryje się naprawdę dobry artysta. Umie manipulować emocjami i uczuciami swoich widzów, ma klarowną i jasną wizję otaczającego nas świata. Ma również spore poczucie humoru, które wyziera szczególnie z jego prac ruchomych, na których prezentację zabrakło mi już miejsca. Odtwarzając swoje najsłynniejsze dzieła z przełomu XX i XXI wieku Hirst pokazał i mediom i krytykom, że masowe sprzedawanie niewielkich prac w limitowanych ilościach jest tylko sposobem na umożliwienie mniej zamożnym ludziom bezpośredniego kontaktu ze sztuką współczesną – w swoim własnym domu. Udowodnił, że zmitologizowana „brylantowa czaszka” nie była humbugiem stworzonym na potrzeby tabloidów, lecz wynika z jego własnych wizji cyklu życia i smierci. Tej samej, która prowadzi go od ponad 20 lat i która będzie go prowadzić w przyszłości.

Wystawa ta jest typowym MUST-SEE. Znacznie ciekawszym i ważniejszym od nudnego Tower, disneyowskiego London Eye czy nonsensownego gabinetu figur woskowych Madame Tussauds.

Kontakt ze sztuką Damiena Hirsta nie jest ani łatwy ani przyjemny. Pozostaje jednak w pamięci i może wpływać na nasze postrzeganie świata. Przypomni, że do śmierci zostało ci już tylko …dziesiąt lat i czas ten bardzo szybko przeminie – wykorzystaj go najlepiej jak potrafisz.

Więcej zdjęć: TotallyCoolPix.com

Tate Modern, DAMIEN HIRST, do 9 września 2012 r.

Lamentacje londyńskie Edwarda Pasewicza

In ogólne on 14/01/2012 at 02:50

Edward PasewiczCo możesz zrobić, jeśli uwielbiasz prozę Edwarda Pasewicza, nie rozumiejąc przy tym poezji? Możesz zaczekać pięć lat na kolejną książkę. Albo obejrzeć inscenizację „Lamentacji londyńskich”, do czego gorąco namawiam.

Przynam się szczerze, że nigdy nie przemawiała do mnie poezja. Zdecydowanie wolę poznawać historie ludzkie, ich portrety psychologiczne lub wydarzenia – szczególnie te, które chętnie określamy mianem „nie zdarzających się nawet w filmach”. Dlatego zawsze miałem problem z Edwardem Pasewiczem, który jest przede wszystkim poetą a niejako przy okazji napisał jedną z moich ulubionych książek („Śmierć w darkroomie”), w której od zdarzeń prawie niemożliwych aż kipi.
Pasewicz jako prozaik operuje językiem filmowo, praktycznie każdą scenę możesz sobie wyobrazić przymykając lekko oczy. Ma tylko jedną wadę: publikuje bardzo rzadko.

Gdy dowiedziałem się o inscenizacji jego „Lamentacji londyńskich” w Krakowie, od razu stwierdziłem, że muszę to zobaczyć. Nie zawiodłem się, Pasewicz jako dramaturg sprawdził się doskonale a dzięki Kamilowi Błochowi spektakl jest równy i publiczność bawi się wyśmienicie.

Rzecz dzieje się w Londynie, w środowisku młodych polskich imigrantów. Poznajemy różne typy osobowości, ich marzenia i plany na przyszłość, skonfrontowane z mniej radosną rzeczywistością. Każdy z uczestników tej przedziwnej dramy jest na swój sposób „nienormalny”. Zbiorowisko freaków pozwala nam zauważyć, że nawet najdziwniejsza postać ma swoje zalety a jej zniknięcie ze sceny (i życia) zubożyłoby pozostałych. Potem czeka nas nagły zwrot akcji: eksplozja i atak terrorystyczny, przewracający życie wszystkich uczestników do góry nogami.
Nie mogę zdradzić nic więcej nie pozbawiając Cię jednocześnie przyjemności odbioru spektaklu.

Zwraca uwagę świetny duet kobiet, ustawionych w scenicznym kontrapunkcie. Z jednej strony pretensjonalna do kwadratu postać blogerki Adelki, „artystki słowa”, spełniającej się w pisaniu bloga i zachwytach nad przyrodą. Mówiąc zaś normalnym językiem: porąbanej nastolatki typu emo, doprowadzającej otoczenie do łez ze śmiechu i rozpaczy zarazem. Jeżeli oglądacie serial „Glee”, Adelka skojarzy wam się z Rachel Berry, fanką klasycznego musicalu.
Katarzyna Ilnicka (można ją zobaczyć w klipie zamieszczonym dalej) kreuje zaś postać twardej baby, wulgarnej, mocno stojącej na ziemi i kierującej innymi silną ręką. Obie te postaci byłyby bez siebie niepełne.

Patryk MalcherUwagę przykuwa Pati, przegięty do granic możliwości gej będący przyjacielem („psiapsielem” – jeśli rozumiesz co mam na myśli) naszej uduchowionej blogerki Adelki. Postać przeniesiona wprost ze świata współczesnych gejowskich klubów, w których najczęstszymi bywalcami są takie właśnie damsko-męskie parki, gdzie jedna ze stron pełni rolę naramiennej torebki. Patryk Malcher osiągnął w tej roli rzecz rzadko spotykaną: rozbawia publiczność nic nie robiąc. Ot, będąc. Wielu chciałoby mieć taką vis comica.

Tomasz AdamskiScenę kradnie co jakiś czas Tomasz Adamski, odtwarzający postać chłopaka z Bydgoszczy przyjeżdżającego do Londynu za głosem serca. Jak łatwo można się domyślić, nic dobrego go tutaj nie spotka. Brutalne odarcie ze złudzeń skutkuje zupełną przemianą osobowości tej postaci – bardzo życiową nawiasem mówiąc. Oglądając spektakl, zwróćcie uwagę na jego interakcje z Adelką.
Miałem jednak wrażenie, że niekiedy gra na pół gwizdka, stając się uosobieniem największego problemu pedagogów: „zdolny ale leniwy”.

Wojciech KiwaczWreszcie Tomaszek, w którego wciela się Wojciech Kiwacz. Dla mnie osobiście jest to największe miłe zaskoczenie ze spektaklu. Kiwacz poszedł w daleko idący naturalizm. Dzięki temu mamy wrażenie, jakbyśmy Tomaszka znali od lat i wiedzieli o nim wszystko. Jest postacią, w którą najbardziej wierzymy, realną i zrozumiałą. A że reprezentuje dość specyficzny system wartości? Cóż, za to prawdziwy.
Wojciech Kiwacz przypomina mi Adama Woronowicza z czasów jego nauki w Akademii Teatralnej. Nie chodzi mi tu o podobieństwo fizyczne, lecz sposób funkcjonowania na scenie, naturalność i prostotę środków wyrazu.

Przed przejściem do spraw ogólniejszych zapraszam do obejrzenia krótkiego fragmentu ze spektaklu:

Lamentacje londyńskie na YouTube

Łatwo jest znaleźć na polskich scenach sztuki z półki „żyletką po mózgu”, w których błoto, brud, krew i bebechy walą się po scenie dosłownie i w przenośni. Brakuje za to ciekawych, współczesnych sztuk komediowych, które nie są jedynie ciągiem gagów jak w przypadku brytyjskich fars.
Teatry półprofesjonalne działają podobnie: łatwiej jest trafić na sztukę o WC (wartościach chrześcijańskich) niż współczesności. Na szczęście są jeszcze na artystycznej mapie takie miejsca jak Teatr KraKoTeka i tacy reżyserzy jak Kamil Błoch, którzy starają się mówić ze sceny nie tylko do współczesnej młodzieży ale również o niej. Wymaga to dużo odwagi i cieszę się, że wyszło. Że mogę polecić „Lamentacje” bez zmrużenia oka.

Kamil Błoch „Lamentacje londyńskie” (autorstwa Edwarda Pasewicza), Teatr KraKoTeka, premiera 9 grudnia 2011 r.
Najbliższy termin: 27 i 28 stycznia 2012 r.

PS. Spektakl jest wystawiany na małej scenie przy ul. Gazowej 21, którą stworzył – podobnie jak znany z wystawienia „Lubiewa” Teatr Nowy w Krakowie – Janusz Marchwiński.
Oby kiedykolwiek było w Polsce więcej takich mecenasów sztuki.

Dwie Polki w I półfinale

In ogólne on 06/05/2011 at 12:13

Można zacząć odliczanie: już we wtorek 10 maja pierwszy półfinał Eurowizji z uczestnictwem dwóch Polek: Magda Tul (zaczyna koncert, nie spóźniamy się!) reprezentuje Polskę, Ewelina Saszenko w barwach Litwy. Ciekawe, dlaczego 12 punktów z Polski pójdzie na Litwę. 😉

Ogląd co nas czeka pokazuje poniższy filmik miksujący wszystkie 19 krajów:

Moim zdaniem z I półfinału do finału przejdą na pewno następujące piosenki: Polska (nie odważyłbym się jej nie wpisać, choć trochę się boję o wynik), Norwegia (jeśli Stella nie sknoci piosenki na żywo), Turcja (jedyny rock w tym półfinale), Rosja (nie cierpię tego nie umiejącego śpiewać mydłka, ale powód awansu chyba oczywisty), Węgry (duża szansa na TOP3 w finale), Litwa (też nie odważyłbym się jej nie wpisać, choć kraj jako taki coraz mniej mi się podoba), Azerbejdżan (kaukaska siła głosujących), Grecja (chyba się nie zdarzyło, żeby nie weszli).

Największe rozczarowania, gdyż pamiętam świetne propozycje z ubiegłych lat, to: Serbia, Malta (Chiara, wracaj!) i Islandia (chyba obniżyli im akcyzę na alkohol w dniu wyboru reprezentanta).

Bardzo żałuję, że najprawdopodobniej nie przejdzie (przede wszystkim ze względu na politykę oraz „nieeurowizyjność”) propozycja Szwajcarii.

C.D.N. 😉