Adam Jarecki

Archive for the ‘polityka’ Category

Włodzimierz Czarzasty

In polityka on 18/01/2016 at 00:14

CZARZASTY – niech imię jego będzie zapomniane. Sekretarz KC

Któregoś dnia pierwsi sekretarze KW PZPR zwołani zostali do Słupska. Mieli zachwycić się osiągnięciami tamtejszego Pierwszego, towarzysza Czarzastego. Zachwyt ów zgnieść powinien był opór przeciwko powołaniu go na sekretarza KC. Czarzasty rzeczywiście objął ten urząd i został szefem kampanii wyborczej PZPR w wyborach 4 czerwca 1989 roku.
Zgłosiłem wtedy zamiar kandydowania do Sejmu w ramach 35 procent przeznaczonych dla bezpartyjnych, czyli wygrać musiałbym z kandydatem Wałęsy. Tow. Czarzasty doradził mi najpewniejszy okręg: Warszawa-Śródmieście. Do tego okręgu zaliczało się głosy z zagranicy. – Macie – mówił Czarzasty – nie 100, ale 1000 procent pewności wygranej. Śródmieście jest nasze emigracja bojkotuje wybory, a nasze budowy w ZSRR, KS-ach, Libii itd. będą jak jeden mąż głosować na Was. Ludzie tam tłuką forsę, więc są zadowoleni. Zresztą wiadomo, kogo się wysyła.
Kiedy się okazało, że moim kontrkandydatem jest aktor Łapicki, z którego polityk jak ze mnie astronom, tow. Czarzasty założył się z min. Mietkiem Wilczkiem o 1 min zł na stare pieniądze, że Urban wygra. Wilczek zresztą rozumnie obstawiał moją przegraną będąc rozkosznie pewnym swojej wygranej do Senatu. Kiedy przegrałem z Łapickim, Czarzasty Wilczkowi nie zapłacił. Cóż, nie trafił na biednego.
W owych czasach zapraszany byłem na posiedzenia Biura Politycznego oraz uczestniczyłem w dwóch zespołach zajmujących się wyborami. Całymi dniami słuchałem więc Czarzastego. Martwił się on, aby zwycięstwo PZPR nie było nazbyt przytłaczające. Zastanawiał się, co robić, by do parlamentu przeciągnąć jakoś trochę ludzi z „Solidarności”. Przedstawiał ścisłe, krzepiące serca, optymistyczne obliczenia. Wznosił swoje szczere przezroczyste jakby oczy, ulokowane w gładkiej twarzy, i mówił: Towarzysze, jestem pewien, gwarantuję, mur beton, daję głowę. Polemizował ze sceptykami. Zapewniał więc przed klęską pyszny nastrój w gmachu KC. Był niczym owa orkiestra grająca do ostatka na „Tytanicu”. Już wszyscy czuli i widzieli, że woda nas zalewa, a on jeszcze wydawał pyszne dźwięki.
5 czerwca, kiedy nadeszły pierwsze nieoficjalne obliczenia powyborcze. Biuro Polityczne zebrało się rano i zaczęto dyskutować, dlaczego dostaliśmy takie lanie. Ja w dwie minuty napisałem na papierku projekt oświadczenia ogłaszającego przegraną i to, że będziemy respektować konsekwencje. Projekt przeszedł bez poprawek. Czarzasty zaś przedstawił wyniki, zamilkł i odtąd już milczał z martwą twarzą. Wkrótce potem zniknął i ślad po nim zaginął.
Niemcy i Japonia przegrały II wojnę światową z ogromną dla siebie korzyścią. Podobnie Korea Południowa dobrze wyszła na niewygraniu wojny koreańskiej. Wiele jest innych współczesnych wojen bardzo korzystnie przegranych. Jeśli jakikolwiek kraj lub armia zechcą rozpocząć wojnę, by sprowokować swą bezprzykładną dogłębną porażkę, a zapragną osiągnąć ją w pysznym nastroju – niech pamiętają, że w Polsce mieszka niejaki Czarzasty, idealny kandydat na przywódcę lub naczelnego wodza.

Jerzy Urban „Alfabet Urbana”, Warszawa 1990

Wybory 2015

In polityka on 21/10/2015 at 07:12

To chyba najdziwniejszy wpis wyborczy w mojej historii, ponieważ… nie powiem, na kogo zagłosować. 🙂

Jakiś czas temu znajomy przekonał mnie, że głosy pojedyńczych ludzi nie mają najmniejszego znaczenia. Słowo „przekonał” jest kluczowe w tym krótkim zdaniu. Liczą się tylko wielkie trendy a w rzeczywistości nie mamy na nie żadnego wpływu. Klęska Komorowskiego była jednocześnie wielką klęską mediów, uważanych dotąd za najpotężniejszy element wpływu w demokracji liberalnej.

Dlatego też po raz pierwszy nie powiem, na kogo zagłosuję i nie będę prowadził agitacji. Natomiast wskażę dzisiaj cztery osoby, które Łódź mogłaby podarować Polsce, wysyłając je do parlamentu.

dream

Najłatwiej będzie z senatorami, bo tu w ogóle nie ma problemu. Gdy wojna rosyjsko-europejska jest u naszych granic, nie ma ludzi potrzebniejszych niż sowietolodzy. Dlatego też prof. Andrzej de Lazari nie ma konkurencji. Specjaliści od niewiadomoczego naprawdę nie są artykułem pierwszej potrzeby w chwili, gdy mówimy o groźbie fizycznej eksterminacji Polaków przez zielone ludki.

Wielu z Was zamierza głosować na Platformę. Na tej dziwacznej nieco liście jest jeden człowiek, któremu mandat należy się teraz i zawsze. Nas nie będzie, Polski nie będzie a ring autostradowy nadal będzie. Za tę jedną rzecz Cezaremu Grabarczykowi należy się mandat parlamentarny tak długo, jak długo będzie chciał go pełnić.

Część z moich liberalniejszych znajomych nie może już patrzeć na Platformę. Wybiorą zatem .Nowoczesną Ryszarda Petru. I tutaj problemu w ogóle nie mamy – bezkonkurencyjną kandydatką jest Katarzyna Lubnauer. Potrzebujemy logicznie myślących matematyków w Sejmie, bo ileż można patrzeć na ten tłum przypadkowych ludzi w źle dobranych garniturach? I tak będzie ich nadmiar. Katarzyna jest jednocześnie chodzącym zaprzeczeniem tezy, że .Nowoczesna to szalupa ratunkowa dla Platformy. Wie o tym każda osoba znająca jej drogę polityczną i społeczną.

No i wreszcie Zjednoczona Lewica. Na jej łódzkiej liście nie ma kandydatki lepszej od Hanny Gill-Piątek. Co prawda obawiam się, że większość jej talentów będzie się w opozycji parlamentarnej marnować, ale mimo to doceniam jej niezwykłą zdolność dogadywania się ponad podziałami politycznymi. Jak będzie trzeba, przepchnie tę ustawę rewitalizacyjną nawet z komunofaszystami. I za to należy się jej wielki szacunek, dobre słowo i głos.

I to już koniec. W tym trudnym momencie dziejowym Łódź mogłaby zrobić cztery rzeczy dobre dla Polski i Polaków: senatora Andrzeja de Lazari, posłankę Katarzynę Lubnauer, posłankę Hannę Gill-Piątek i posła Cezarego Grabarczyka.

Czego i Wam i sobie życzę.

„Budżet obywatelski” czy marnotrawstwo publicznych pieniędzy?

In polityka on 26/08/2014 at 12:10

Nigdy nie byłem szczególnym zwolennikiem tzw. budżetów obywatelskich. Po pierwsze dlatego, że cały budżet miasta takim być powinien. Po drugie, bo jest to złudna zagrywka PR-owa. Przez cztery miesiące lud bije się o kilkadziesiąt milionów złotych, w tym czasie miasto wydaje miliard. Po trzecie: bo te projekty są często zupełnie bezsensowne i umierają w ciszy (przy szumie przelewów płynących na konta wykonawców).

Dowód? Proszę bardzo. Bezpłatne WiFi w Łodzi. Kilkanaście czy kilkadziesiąt lokalizacji. Oto poziom wykorzystania hotspotów w południe. W samo południe. Parki parkami, ale ta Piotrkowska rozbawiła mnie do łez.

00

01

02

03

04

05

06

07



Podsumowując: jeśli chodzi o PR to wolę, aby wzorem prezydentki Hanny Zdanowskiej pozostali wiceprezydenci polewali głowę wodą z lodem. Efekt tak samo dobry, za to taniej. Setki tysięcy taniej.

Żródło zrzutów zdjęć: oficjalna strona projektu na serwerze Urzędu Miasta Łodzi.

Adam Jarecki na Facebooku

Dariusz Joński ma rację

In polityka on 22/08/2012 at 13:18

Adam JareckiTak, moi drodzy – też jestem głęboko zaskoczony, że Dariusz Joński ma rację. 🙂 Jego decyzja o rezygnacji z sejmowego iPada na rzecz własnego notebooka (czy netbooka, ale o to bym go nie podejrzewał) jest słuszna. Poufne dane nie powinny być przechowywane ani w chmurze koncernu Apple’a ani żadnej innej.

Dariusz Joński zrobił 20 sierpnia mini-show medialne o tym, że zgubił sejmowego iPada a technicy Sejmu zaproponowali mu odzyskanie wiekszości danych z tego zagubionego sprzętu. Wyciągnął bardzo poprawny wniosek, że oznacza to niski poziom bezpieczeństwa dla dokumentów poufnych. Nie mówię tu o tajemnicach państwowych – takie materiały na poselskie iPady prawdopodobnie (mam nadzieję!) nigdy nie trafiły. Chodzi o sprawy codzienne każdego polityka: projekty uchwał różnych organów partyjnych, propozycje działań medialnych i politycznych, przeprowadzane na bieżąco rozmowy na różnego rodzaju chatach. Słowem: wszędzie, gdzie występuje element pobrania jakiegoś pliku na iPada i zachowanie go w chmurze.

Geekowa młodzież wyśmiewa Jońskiego za to, że nie wiedział bądź nie rozumiał zasad funkcjonowania „cloudów”. Czyli wyciągają – jak to zwykle bywa – wniosek o jeden poziom w górę. Nie wychodzą poza typowy schemat obserwowany na forach internetowych, opierający się na ping-pongu „akcja-reakcja”, zdarzenie polityczne – wiadro pomyj na łeb. Fakt, że źle to o nich świadczy, nie wzbudza już chyba u nikogo ani zdziwienia ani szczególnego zainteresowania. Gorzej, że przyszłe zaplecze intelektualne naszego narodu nie zauważa, że ciągi przyczynowo-skutkowe są dłuższe i niebezpieczniejsze.

iCloud Hacked

Tymczasem iCloud firmy Apple jest chmurą o niskim poziomie bezpieczeństwa, tak samo niskim jak wszystkie inne cloudy. Okazało się to całkiem niedawno, kiedy to dziennikarz serwisu internetowego Gizmodo Mat Honan stracił wszystkie pliki ze swojego iPada, ponieważ obca osoba otrzymała dostęp do jego chmury na serwerach Apple. I nie, on wcale nie miał prostego hasła. Nie udostępnił go także nikomu innemu. Okazało się, że do zdobycia hasła do dowolnego konta nie jest potrzebny żaden haker. W zupełności wystarczy biuro obsługi klienta (support) firmy Apple.
Technikalia opisał Wired. Jeżeli znasz na tyle język angielski, warto przeczytać ten tekst, bo jest on kawałkiem całkiem niezłej literatury kryminalnej. 🙂 W skrócie: ktoś dostał hasło dostępowe do konta dziennikarza w iCloud poprzez kontakt z obsługą klienta Apple’a. Następnie ten ktoś skasował wszystkie pliki z chmury. Chwilę później w procesie autosynchronizacji z iPada dziennikarza pliki te również zniknęły. Bezpowrotnie.
Po polsku opisał to Jan Rybczyński (7 sierpnia) w artykule pod wszystko wyjasniającym tytułem „Do przejęcia konta iCloud niepotrzebne są zdolności hakerskie ani socjotechnika”.

Być może Dariusz Joński nie wiedział jak działa chmura. Nie musiał. Wyciągnął jednak poprawny wniosek: konta iCloud wszystkich polskich posłów są chronione na równie niskim poziomie. Wprowadzone przez Apple’a po aferze Honan-Gate drobne zmiany w procedurze „odzyskiwania hasła w supporcie” wystarczają do codziennych zastosowań zwykłych ludzi, ale nadal materiały poufne wymagają wyższego poziomu bezpieczeństwa. Tego żadna chmura nie oferuje. Poselskie iPady powinny być dokładnie tym do czego zostały stworzone: zabawkami do czytania stron internetowych, gazet, Newsweeków, grania w gierki oraz przeglądania YouTube. Na pewno nie urządzeniami do obsługi bieżącej korespondencji parlamentarzystów.

Drodzy posłowie: wyczyśćcie z danych swoje iPady, kupcie sobie normalnego ultrabooka (żeby był lekki i działał sprawniej niż netbook), nie korzystajcie z żadnych cloudów. Zabezpieczenia każdej chmury służby specjalne dowolnego kraju i tak umieją złamać – tego nie da się naprawić lub zmienić. Błąd tkwi bowiem w samej idei plików dostępnych na całym świecie na dowolnym urządzeniu dla osoby znającej hasło. Zaszyfrowany dobrym (!!!) hasłem dysk wirtualny na laptopie jest znacznie bezpieczniejszy: nawet jeśli sprzęt zostanie ukradziony, będzie trochę czasu na reakcję zanim hasło zostanie złamane. Coś da się uratować, czego w przypadku „cloudów” zrobić się nie da.

Przy okazji: jeżeli kupiłeś/aś jakikolwiek tablet z drugiej ręki, na jakimś Allegro czy eBayu, przeczytaj tekst tego samego Jana Rybczyńskiego o konieczności jego całkowitego resetu.

Adam Jarecki na Facebooku

Gdy starsi nie rozumieją młodszych

In polityka on 04/02/2012 at 14:08

Młodzież przeciw ACTAKonflikt pokoleń jest integralną częścią rozwoju społecznego. To truizm. XX wiek przeniósł go na zupełnie inny poziom: stał się siłą na tyle poważną, że mogącą rewolucjonizować świat w którym żyjemy – znacznie częściej i skuteczniej. Chaciński uczy nas z czym my, zgredy, mamy do czynienia.

Każde pokolenie miało swoje kody kulturowe i specyficzny język, który przez jakiś czas był nieczytelny dla rodziców i pedagogów. Z pewnym opóźnieniem zaczynają go rozumieć i wtedy dochodzi do konieczności wyboru ze strony pokolenia 40+: czy chcemy naszych następców na tym świecie poznać czy też wolimy… przeczekać. Staram się należeć do tej pierwszej grupy, choć przyznam, że z każdym rokiem jest mi coraz trudniej. 🙂 Z pomocą przychodzą takie książki jak „Wyż nisz” Bartka Chacińskiego.

Język i kody kulturowe są nieodłącznie związane z subkulturami. Znakomita większość z nich jest stara, sami (myślę o moim pokoleniu urodzonym w latach 70. ubiegłego wieku) do nich przynależeliśmy, funkcjonowały obok nas w postaci kolegów szkolnych czy licealnych. Do takich subkultur należą zamierające już dzisiaj „depesze”, „metale”, „cyberpunkowcy”.
Ale dzisiejsza młodzież nie ma pojęcia, że subkultury, które uważają za swoje, dopiero co wymyślone, również są w gruncie rzeczy stare. „Grafficiarze” wywodzą się z 1970 r., podobnie jak „ekowojownicy” czy „goci” (głębokie lata 80.) i „erpegowcy” (znowu lata 70.). Mimo to nie możemy spocząć na laurach, gdyż subkultury te ewoluują dramatycznie i nasze rozumienie tych terminów nie ma się nijak do współczesności.

emoDlatego obowiązkiem każdego myślącego człowieka, szczególnie zaś mającego zacięcie socjologiczne lub polityczne, jest uczenie się tych dziwnych zakolczykowanych dzieciaków przechodzących koło nas na ulicy. W nich drzemie bowiem siła, która jest w stanie przewrócić świat.

Przez ponad 30 lat mieliśmy święty spokój. Rewolucję kapitalistyczną 1989/1990 zrobiło zgromadzenie starszych panów, które wywodziło się mniej więcej z pokolenia moich rodziców. Ich cele i idee były zrozumiałe i proste jak świński ogonek. Ja należę do pokolenia, które żadnej szczególnej rewolucji nie zrobiło, trafiliśmy na czas budowania państwa, karier i majątków. Ale prawdziwy młodzieżowy bunt to rzecz warta uwagi; tak jak była warta w 1968 rewolucja seksualna, tak teraz zbliżamy się do momentu, gdy alter- i antyglobaliści, do spółki z pozostałą częścią e-populacji zmienią świat.

Awantura wokół ACTA wybuchła dlatego, że polska gerontokracja (Tusk, Zdrojewski, Boni, Sikorski) nie rozumie procesów społecznych, które już zaszły w tle. Siedem lat względnego spokoju zapewnił syndrom kubański Fidela Castro (jeśli nie możesz poradzić sobie z gniewnymi, wypuść ich na łodziach za granicę). Polska osiągnęła to przy okazji wstąpienia do UE, gdy lekko licząc dwa miliony niezadowolonych wyemigrowało i prawie na pewno już nie wróci. Checked & delivered.

Niestety dla gerontokracji ten basen retencyjny właśnie się skończył, gdyż kryzys obejmujący całą Unię Europejską uniemożliwia dzisiejszym dwudziestoparolatkom ucieczkę do „normalnego kraju”.

zwolniony

Harują jak woły na nocnych zmianach w Tesco czy Żabce. Sprzedają koncernowe ciuchy, na które po normalnych cenach nie mogliby sobie pozwolić. Podają nam cheesburgery w drive-inach. Robią co mogą a i tak na koniec miesiąca patrzą z niedowierzaniem na ten sześćsetzłotowy przelew na koncie i ze spuszczoną głową, depcząc swoje plany, marzenia czy swoisty dla wieku honor idą do rodziców z prośbą o choćby 200 złotych, bo nie są w stanie utrzymać się podczas studiów mimo ciężkiej pracy. Nie mają już wyjścia, są przygwożdżeni do ściany. Ich jedynym odpoczynkiem i relaksem staje się obejrzenie „Spartacusa Vengeance”, „Glee” czy… no właśnie. „Sons of Anarchy”. Oglądają, bo to jedyny sposób ucieczki od kieratu, jaki jest im dostępny. Ściągają kolejne odcinki z Internetu, bo nawet gdyby chcieli wydać te 5 czy 8 zł na legalne ich obejrzenie, nie mają takiej możliwości. Nikt nie chce nawet spróbować schylić się po ich ciężko zarobione pieniądze.

I nagle gerontokracja wpada na pomysł, że nie ma sensu walczyć z przygniatającymi naciskami politycznymi Stanów Zjednoczonych i dla świętego spokoju podpisuje umowę ACTA. Tę samą, której na pewno nie podpiszą… Stany Zjednoczone. Bo Amerykanie wiedzą, że ta umowa jest zbyt drastyczna dla ich społeczeństwa a nie jest przecież żadną realizacją szczytnych idei tylko sposobem na uzależnienie finansowe obywateli innych krajów. Jakaś kobita z ambasady USA wydzwania zatem, wściekła jak diabli, żądając wyjaśnień jak to jest, że „kupiony towar nie został dostarczony” (określenie Olafa Zmita, za które gorąco dziękuję).

Gerontokracja nie czytuje książek opisujących ich własne społeczeństwo, bo nie ma na to ani czasu ani ochoty. Gerontokracja nie wie kim próbuje rządzić. Nagle, gdy już się dowiaduje, zaczyna się taniec szalonych kroków, ratowania tego, co jeszcze się da.

Bartek Chaciński WYŻ NISZA wystarczyłoby przecież, gdyby wiedzieli, czym różnią się alterglobaliści od antyglobalistów.
Dlaczego rozwija się graffiti (podpowiem: to próba odzyskania przestrzeni publicznej z jej ekstremalnej komercjalizacji).
Dzięki czemu backpackerzy i couchsurferzy wiedzą, że na tym kontynencie jednak można żyć normalnie.
Czym różnią się hejterzy od hackerów.
Jaki wpływ na strukturę społeczną mają riot grrrls.
Jak wykorzystać z pożytkiem dla społeczeństwa nurt straight edge.

Wiedzieliby to wszystko, gdyby przeczytali krótką książeczkę, która równie dobrze mogłaby wyjść w serii „dla opornych”.
Skoro im się nie chce, bądź, drogi czytelniku, mądrzejszy. Jeśli należysz do pokolenia 40+, zrozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi. Jeżeli jesteś młodszy dowiesz się, że to wszystko już kiedyś było i może będziesz umieć wykorzystać doświadczenia poprzedniego pokolenia zamiast wyważać otwarte drzwi. A może nawet znaleźć wsparcie i pomoc u co poniektórych zgredów.

Wszystko to kosztuje 29 zł na Allegro albo tylko 25 zł jako ebook. Taniej niż przyzwoite majtki.

Bartek Chaciński „Wyż nisz. Od alterglobalistów do zośkarzy. 55 małych kultur”, Znak 2010

Częstochowska demonstracja przeciw ACTA przejęta przez ONR

In polityka on 25/01/2012 at 19:49

Przed chwilą dotarła do mnie informacja, że demonstracja przeciwko ACTA w Częstochowie przekształciła się w demonstrację nacjonalistyczną. Stało się. Nie umiem sobie wyobrazić rozżalenia ludzi, którzy być może nie dotarli do moich i innych ostrzeżeń.

ACTA Częstochowa

25 stycznia o godz. 19.00 pod pierwszym tekstem dotyczącym przejmowania ruchu anty-ACTA przez nacjonalistów pojawił się komentarz opisujący sytuację w Częstochowie. Zawarte w nim informacje potwierdzają doniesienia Dziennika Zachodniego. Ze strony DZ pochodzi również powyższe zdjęcie, które wykorzystuję w celach informacyjnych.

Treść komentarza jest na tyle ciekawa, że warto go opublikować jako lepiej widoczną notkę. Co też czynię poniżej.

—————–

Smutna refleksja, ku przestrodze innych miast:

Wiadomość bezpośrednia z Częstochowy. Dziś o godz. 17–ej na apel internetowy dotyczący manifestacji przeciwko ACTA, zebrało się, na skwerze naprzeciw Urzędu Miasta ok. 400 młodych oraz kilka osób starszych. Niestety, od samego początku „kontrolę” nad manifestacją sprawowały ugrupowania skrajnie prawicowe, m. in. ONR i Młodzież Wszechpolska.

Dominowały dwa olbrzymie transparenty (ok 1/5 m x 6 m). Oba transparenty wykonane profesjonalnie z tworzywa, nie mające nic wspólnego z charakterem manifestacji. Jeden z napisem ONR (Obóz Narodowo Radykalny), drugi ze słowami „Młodzież, Wiara, Nacjonalizm” – niesione przez grupy, zamaskowanych czarnymi chustami, młodych ludzi. Wokół wiele młodych osób miało również zamaskowane twarze.

Pojedyncze (kilka sztuk) małe plansze z napisem „Stop ACTA” i jeden mały transparent o podobnej treści – stanowiły zaledwie ich tło. W ich przypadku – amatorski sposób wykonania – świadczył, że zostały wykonane najprawdopodobniej z myślą o pokojowej, niepolitycznej manifestacji przeciwko ACTA.

Niestety, większość okrzyków, wznoszonych podczas manifestacji, miała jednoznacznie polityczny, wyraźnie antyrządowy charakter. Jakakolwiek próba zmiany charakteru manifestacji na neutralną – nie miała racji bytu. Podobnie jak próba zbierania podpisów, pod petycją o referendum.

Po ok. półgodzinie – starsze osoby i część młodzieży (ok. 50 osób) się wycofała, zdegustowana charakterem manifestacji.

Nie wiem, co działo się dalej? Nie jest mi po drodze – z ONR, Młodzieżą Wszechpolska, itp. skrajnymi ugrupowaniami politycznymi. Nie popieram ACTA ze względu na możliwość wykorzystania, zawartych w nich ogólników prawnych, przez różnego rodzaju korporacje i stowarzyszenia, dla własnych celów, a nie ze względów politycznych, tym bardziej skrajnie prawicowych.

—————–

Przypomnę, że zaczęło się od tego a sytuacja w Częstochowie – jeżeli rzeczywiście taka była – zrealizowała w praktyce moje obawy.

—————–
UPDATE z godz. 20:10
Demonstracja przeciwko ACTA w Rzeszowie przekształciła się w demonstrację „Narodowy Rzeszów”. Zdjęcie pochodzi z serwisu internetowego Gazeta: Rzeszów.

ACTA Rzeszów

Adam Jarecki na Facebooku

Demonstracje przeciw ACTA: nacjonaliści czy socjaliści?

In polityka on 25/01/2012 at 13:30

Nie żałuję zarwanej nocy z niedzieli na poniedziałek. Jeżeli tekst uświadomił chociaż kilka osób spośród tych paru tysięcy czytelników – było warto.

Pierwsza i najważniejsza refleksja: nie ma rzeczy gorszej niż ten PR-owski zabieg „z dala od polityki”, który próbują stosować wszystkie partie polityczne. Wszystko co dzieje się w społeczeństwie jest polityką. Po prostu niekiedy sformalizowaną a niekiedy nie. Nie warto jednak wyśmiewać się z ludzi piszących „nie interesuje mnie polityka, idę protestować w konkretnej sprawie”, ponieważ człowiek uczy się przez całe życie i należy mu w tym pomagać a nie przeszkadzać.

Po drugie: postanowiłem przytoczyć przykład, jak można słowem i uświadomieniem kogoś czegoś nauczyć. Tuż po publikacji wysłałem prywatne wiadomości do kilku osób o podobnej treści: „Jeżeli pójdziesz na demonstrację w środę – poprzesz tym samym nacjonalistów, >Marsz Niepodległości<, ONR i Młodzież Wszechpolską."
Od jednej z nich otrzymałem odpowiedź: "Mam poglądy socjaldemokratyczne, ale popieram ideę. Czy raz nie możemy być ponad podziałami?"
Odpisałem: "Media pokażą to jako zgromadzenie zadymiarzy i będą mieli zbliżenia na twarze w kominiarkach i znaczki nacjonalistów. Tak funkcjonują, taki będzie odbiór społeczny."
Półtorej doby później, późnym wieczorem we wtorek, otrzymałem krótką wiadomość: "Jednak miał pan rację… Zaczęli przeginać z ilością nacjonalizmu."

Tym sposobem mam dowód, że czasami jednak miewam rację. 🙂

Flirtów z nacjonalistami było w historii Europy dużo i zawsze kończyły się źle. Od bojówek nacjonalistycznych, które wojując z anarchistami podgrzały atmosferę tuż przed I Wojną Światową; poprzez nacjonalizm niemiecki; następnie nacjonalizm komunistyczny czasów Władysława Gomułki (1968 r.); po nacjonalizm bałkański, który zaowocował wojną na terenie byłej Jugosławii. Nie ma żadnego przykładu pozytywnych efektów nacjonalizmu, ponieważ jest to Ideologia Zła. W pełnym tego słowa znaczeniu. Rozumiała to nawet kulejąca sanacja piłsudczykowska. Nacjonalizm zawsze kończył się rozlewem krwi i tragedią ludzką. On tak ma.

Po trzecie: pojawienie się na tej ACT-owej niwie Młodych Socjalistów w niewielkim stopniu rozładowało sytuację a wręcz przeciwnie: spolaryzowało ją. Nie mam najlepszego zdania o tej organizacji z jednego powodu: jednym z ważnych elementów ich programu jest wystąpienie Polski z NATO. To już nawet dla maturzysty powinna być aberracja intelektualna.

Podsumowując: idąc na demonstrację nacjonalistów, popierasz ich. Pozwalasz im pokazać się w mediach i dyskursie publicznym a swoimi intencjami możesz sobie chodnik wybrukować. Przy okazji z tego tłumu wyłapią kolejnych kilkanaście czy kiladziesiąt osób, których uwiodą swoimi "receptami jak żyć i kto jest winien" a po praniu mózgu przekształcą w Wojowników Narodu (jakiego narodu?!). Najczęściej nie umiejących się nawet posługiwać językiem polskim…
Z kolei idąc na demonstrację Młodych Socjalistów popierasz ich program, ich idee i przekonania. Tu też twoje chęci nie mają znaczenia dla życia publicznego.

Bo w życiu publicznym nie ma miejsca na neutralność. Idąc z pewną grupą – wspierasz ją. Zawsze. Żaden dziennikarz nie zapyta cię o zdanie a jeśli nawet, to będziesz czymś w rodzaju wisienki na bitej śmietanie w relacji telewizyjnej czy prasowej. Bitą śmietaną, na dokładkę dużą jej porcją, będą przedstawiciele organizatorów. To oni zdecydują, kto i w jaki sposób będzie się lansował przy okazji protestów anty-ACTA.

Za dwa miesiące nikt nie będzie pamiętał za bardzo o co chodziło i dlaczego temat tak rozgrzewał emocje mediów i ulicy. Za to kolejnych sto czy dwieście osób zapamięta nazwiska lansujących się wtedy organizatorów. Ten kapitał zostanie wykorzystany do stricte politycznych celów. W wyborach albo w kominiarkach.

Wszystko jest polityką i dlatego – pozostawiając sobie na prywatnym profilu avatar "NIE dla ACTA" – nie pójdę na żadną ze środowych demonstracji. Obejrzę w telewizji i Internecie w jaki sposób kolejny oddolny ruch społeczny zostanie zawłaszczony przez politykę, której tak nienawidzi.

To będzie mój zysk, bo ja też zamierzam uczyć się przez całe życie.

PS. Jeden z moich przyjaciół zapytał mnie, na którą ma pójść, bo pójść chce. Odpowiedziałem, że jak już musi, to niech wybierze mniejsze zło a nacjonalizm nigdy nim nie jest.

PPS. A zaczęło się od tego tekstu.

Adam Jarecki na Facebooku

Nacjonaliści pod płaszczykiem ACTA?

In polityka on 23/01/2012 at 08:10

Ponad 6 tys. osób zaznaczyło na Facebooku chęć uczestnictwa w środowym proteście przed łódzkim Urzędem Wojewódzkim. Czy mają świadomość, że organizują go nacjonaliści?

Jestem jednym z gorących przeciwników umowy ACTA. Do tego stopnia, że w sobotę próbowałem przekonać Kongres Krajowy Partii Demokratycznej do podjęcia uchwały protestującej przeciwko podpisaniu tego dokumentu, co było jedyną sprawą merytoryczną przeze mnie przedstawianą. Niestety wskutek indolencji i kompletnego niezainteresowania delegatów sprawami Polski nie doszło do głosowania żadnej uchwały programowej. Teraz widzę jak bardzo powinni żałować…

Facebook jest zalany informacjami o ACTA. Poza pączkującymi farmami „lajków”, które potem będą sprzedawane za nie najgorsze (jak na brak jakiegokolwiek wkładu) pieniądze na Allegro czy eBayu, pojawiają się też strony regionalne. Chciałbym zająć się jedną z nich, dotyczącą Łodzi.

Na stronie tej znajdujemy wezwanie do demonstracji w środowy wieczór. I to jest jedyny pozytywny przekaz, bo cała reszta budzi najgorsze obawy.

Po pierwsze: administratorzy strony odżegnują się od odpowiedzialności prawnej ciążącej na organizatorach demonstracji. Ten sprytny zabieg ma oddalić odpowiedzialność za jej przebieg. Nie jest to wbrew pozorom sprawa błacha – poza odpowiedzialnością finansową za szkody wyrządzone podczas demonstracji chodzi również o odpowiedzialność za zdrowie, życie i bezpieczeństwo jej uczestników. Przyznam szczerze, że to właśnie ten dopisek uruchomił mój radar „UWAGA”.

Po drugie: na stronie nie znajdziemy żadnej informacji o zgłoszeniu demonstracji. Jest na to co prawda cały poniedziałek, ale mam dziwne przeczucie, że wniosek w tej sprawie jednak nie wpłynie do administracji miejskiej. Co oznaczałoby, że demonstracja byłaby z mocy prawa nielegalna a siły porządkowe mogą od razu, bez certolenia się, użyć przemocy fizycznej (zwanej oględnie środkami przymusu bezpośredniego), gazu łzawiącego czy armatek wodnych. Czy młodzi ludzie, którzy przyjdą protestować w tej sprawie wiedzą, czym się to może skończyć?

Po trzecie i najważniejsze: „administratorami” wydarzenia na Facebooku są trzy profile założone dosłownie przed chwilą, w pełni anonimowe oraz… nacjonalista z Konstantynowa Łódzkiego. Licealista zresztą. 🙂 Zajrzałem zatem na profil tegoż organizatora, który zapewne nawet nie ma świadomości, że czegokolwiek by nie dopisał i tak będzie przedmiotem śledztwa w przypadku jakichkolwiek problemów, które zdarzą się w środę.
(dla porządku dołożę jeszcze jego ulubione cytaty: są tutaj)

Na profilu naszego Licealisty znajdziemy między innymi link do innego wydarzenia na Facebooku: „WYCHODZIMY NA ULICE! – informacje/instrukcja/lista miast (CZYTAMY UWAŻNIE!)” oraz jego komentarz o treści: „Łódź: Deklaruje się jako organizator pikiety, w poniedziałek będzie zgłoszona w Urzędzie Miasta.”
I tym sposobem demonstracja na kilka tysięcy osób będzie miała oficjalnego organizatora będącego na chwilę przed maturą.

Jeżeli weźmiemy również pod uwagę kto jest założycielem wydarzenia „WYCHODZIMY NA ULICE…”, a jest nim użytkownik kryjący się pod dobrze nam znaną nazwą „Marsz Niepodległości”, jesteśmy prawie w domu. Z kolei na profilu „Marszu Niepodległości” znajdziemy następujący status: „Wszechpolacy wbijają Nowicką w ziemię! Wykopujemy!”

Dopóki mi serwery nie padną, można rzecz jasna poklikać w linki i miniaturki obrazków. To na wypadek, gdyby ktoś myślał, że manipuluję.

Drogi Facebookowiczu! W ramach twojego (moim zdaniem słusznego) protestu przeciwko ACTA przypadkowo – jeżeli pójdziesz na demonstrację w środę – poprzesz także nacjonalistów, „Marsz Niepodległości” i Młodzież Wszechpolską. Miej tego świadomość, szybkoklikający lajkowiczu wszystkiego, co wyda ci się zabawne lub interesujące na Facebooku.

Nie chcę, aby pojutrze centrum Łodzi wyglądało tak, jak pół roku temu Londyn. Ratujmy przed tym Łódź!

PS. Jestem jeszcze winien wyjaśnienie skąd w tytułowym obrazku ONR. Otóż jest to jeden z obrazków zamieszczonych na stronie „Marszu Niepodległości”, w albumie „11.11”.

Adam Jarecki na Facebooku

The Internet needs you

In polityka on 18/01/2012 at 09:46

Wyobraź sobie, że któregoś dnia ktoś zamyka twoją stronę internetową, bo kiedyś zamieściłeś na niej link do jakiegoś ciekawego miejsca w sieci.

A mogłoby to wyglądać tak. Widząc, że na stronie nie ma niczego, co naruszałoby czyjeś prawa, dodajesz do niej link na swojej stronie. Po jakimś czasie na tej stronie zamieszczono jednak treści naruszające czyjeś prawa autorskie. W rezultacie stronę zamknięto, a teraz tobie grozi to samo, bo dając link do tej strony umożliwiłeś tym samym dostęp do pirackich kopii czyjejś twórczości.
————————————————-

Anglojęzyczna wersja Wikipedii zostanie wyłączona na 24 godziny. Twórcy tej największej internetowej encyklopedii zdecydowali się zaprotestować przeciwko planom wprowadzenia kontrowersyjnego pakietu ustaw antypirackich, nad którym pracuje amerykański Kongres.

W ramach protestu, dostęp do anglojęzycznej Wikipedii zostanie zablokowany na 24 godziny począwszy od godziny 6:00 czasu polskiego (05:00 UTC). W miejsce istniejącej treści pojawi się strona informująca czytelników o powodach protestu. Blokada Wikipedii spowodowana jest planami wprowadzenia ustaw „Stop Online Piracy Act” (SOPA) i „PROTECT IP Act” (PIPA), które znajdują się na etapie końcowych prac w Izbie Reprezentantów i Senacie. W razie uchwalenia, obie ustawy miałyby niszczycielski wpływ na działanie wolnego i otwartego internetu, w tym także Wikipedii — informuje opiekująca się encyklopedią amerykańska Wikimedia Foundation.

Mimo że społeczność polskiej Wikipedii nie podjęła decyzji o bezpośrednim przystąpieniu do protestu, choćby dlatego, aby nie karać polskich czytelników za działania amerykańskich polityków, wielu jej edytorów w toczących się dyskusjach wyraża zrozumienie i poparcie dla tego protestu — mówi Tomasz Ganicz, prezes Stowarzyszenia Wikimedia Polska, które zrzesza m.in. twórców polskiej wersji Wikipedii. Zarząd Stowarzyszenia Wikimedia Polska w pełni popiera protest edytorów anglojęzycznej Wikipedii — dodaje.

Ustawy SOPA i PIPA pozwalałaby Departamentowi Sprawiedliwości USA zamykać bez procesu sądowego amerykańskie strony internetowe, wobec których domniemywano by łamanie praw autorskich i blokować dostęp do zagranicznych. Drugi z tych aktów prawnych umożliwiłby też Departamentowi Sprawiedliwości przejmowanie i globalne blokowanie zagranicznych domen internetowych stron, które, zdaniem tej instytucji, łamią prawo autorskie.

Jakkolwiek problem wydaje się odległy od Polski, wprowadzenie tego prawa skutkowałoby poważnymi konsekwencjami również dla polskiej Wikipedii, która jest udostępniana z serwerów znajdujących się w Stanach Zjednoczonych. Wystarczyłoby jedno – niekoniecznie nawet dobrze uzasadnione – oskarżenie o łamanie praw autorskich (już dodanie linku do strony zawierającej treści łamiące prawo autorskie mogłoby stanowić podstawę do takiego oskarżenia), wystosowane przez dowolną osobę do amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości, aby zamknąć również i polską Wikipedię. Anglojęzyczna, jak i polska Wikipedia przywiązują ogromne znaczenie do przestrzegania zarówno polskiego, jak i amerykańskiego prawa autorskiego, usuwając niezwłocznie wszelkie wykryte czy zgłoszone naruszenia, jednak nie uchroniłoby to jej przed wątpliwymi oskarżeniami w tym zakresie. Co więcej, podobne rozwiązania prawne rząd Stanów Zjednoczonych próbuje narzucić innym krajom (w tym także Polsce) w formie międzynarodowego porozumienia handlowego ACTA — podsumowuje Tomasz Ganicz.

Źródła:
Komunikat prasowy SOPA
Szanujemy prawa autorskie
Dowolna strona angielskiej Wikipediiwyglądała tak.

Logo Łodzi. Za milion.

In polityka on 08/12/2011 at 15:12

Odrzucone logo ŁodziUczestnictwo w panelu dyskusyjnym poświęconym nowemu logo Łodzi pozbawiło mnie resztek złudzeń. Za trzy lata będziemy mieli wydany milion i zapewne nowy konkurs.

Z samego panelu najciekawsze było wystąpienie Grzegorza Kiszluka z Briefa, który niejako „na dzień dobry” wylał kubeł zimnej wody na wszystkich pasjonatów brandingu samorządowego. Stwierdził on, że tak naprawdę logo może być jakiekolwiek, bo jest obietnicą tego, co dane miasto może zaoferować. Jeżeli logo obiecuje coś, czego w danym mieście nie ma – jest skazane na porażkę, tak jak złoty papier owijający nietrafiony prezent.
A teraz, drogi Czytelniku, oprzyj się wygodnie w fotelu przy monitorze, pociągnij łyczek kawy i odpowiedz sam sobie na pytanie: gdzie w Łodzi masz przemysły kreatywne, które tym nowym złotym papierkiem będziemy opakowywać?

Druga informacja z panelu wbiła mnie w fotel, bo jakoś wcześniej nie dotarła do mojego umysłu. Otóż okazuje się, że hasło promocyjne (Łódź kreuje) to pomysł prawie z łapanki. Obok konkursu na logo był bowiem również konkurs na hasło. Komisja odrzuciła wszystkie hasła i zaleciła agencji „od logo” jego dołożenie. W praktyce zatem słowo „kreuje” jest po prostu czymś dorzuconym na szybko, chyba bez dokładnego przemyślenia. To dlatego tak bardzo się kojarzy z kalką językową z jęz. angielskiego (pisali o tym krytycy projektu w mediach społecznościowych).

Zupełnym nieporozumieniem było wystąpienie Leszka Stafieja, z którego nie wynikało dokładnie nic. Mnóstwo okrągłych zdań, jakiegoś takiego nie pasującego do sytuacji „bratania się” oraz – przynajmniej w moim odczuciu – protekcjonizmu przybysza z wielkiego świata (czyli Warszawy) wobec maluczkich (z Łodzi).
Rozbawiło mnie za to stwierdzenie, że prelegent rozumie nie więcej niż jedną piątą treści przedstawianych wcześniej – o logo i strategiach marketingowych. Rozbawiło, bo było to wystąpienie jednego z… jurorów konkursu.

Moim zdaniem buchające w Internecie żądanie upublicznienia innych projektów konkursowych nie zostanie spełnione. W odpowiedzi na moje pytanie wiceprezydent Agnieszka Nowak zaprosiła mnie do siedziby Biura Promocji, gdzie pozostałe projekty mogą zostać udostępnione do wglądu. Zrozumiałem z tego, że na publikację choćby miniatur konkurencyjnych projektów w Internecie nie ma co liczyć.

Stare logo ŁodziNiestety nie bardzo mogłem odnieść się do postawionej na spotkaniu tezy, że nigdy wcześniej w Łodzi nie powstała Księga Znaku. Nie wiem, jak to było z projektami z XXI wieku, ale przypominam sobie zestaw zasad użytkowania pierwszego łódzkiego logo, którego miniaturkę widzisz po prawej stronie. Nie wiem, czy miało taki tytuł. Pamiętam za to, że było to kilkanaście stron tekstu i rysunków, ale nie jestem w stanie na szybko dogrzebać się do swojego egzemplarza sprzed piętnastu lat. Może podczas jakiejś przeprowadzki?

Sama księga jak księga. Ktokolwiek widział materiały do brandingu lub rebrandingu, wie jak to wygląda i jak rzadko jest wykorzystywane. Zwróciłem tylko uwagę na straszliwie pretensjonalne zdania ze wstępu – nie zdążyłem zanotować, ale był tam m.in. majstersztyk zdania podrzędnie złożonego nie zawierającego żadnej treści. Jeśli kiedyś dotrę do tego materiału, uzupełnię tę notkę.
Projekty tzw. gadżetów i identyfikacji wizualnej (koperty, wizytówki, papiery firmowe) w znakomitej większości były autentycznie okropne – choć o gustach się nie dyskutuje. Ważne za to jest to, że projekty jeszcze bardziej zacierają te resztki treści, które w nowym logo Łodzi się ostały. Jeżeli teraz narzekacie na to, że nie rozumiecie naszych kropek z kreskami, poczekajcie tylko na kubeczek…

Ogólne wrażenie z całego panelu było takie, że wszyscy dyskutowali i zastanawiali się nad wartościami estetycznymi i kulturowymi. Kolorkami. Głębią artystyczną. Historią Muzeum Sztuki (czyli Strzemińskim i Kobro rzecz jasna, choć Kobro to ja za wiele w tym projekcie nie widzę). Tak jak przypuszczałem jeszcze przed panelem, nowe logo Łodzi jest po prostu swoistą odmianą dzieła sztuki i tylko jako takie ma sens istnienia. Natomiast jego siła promocyjna, aspekt praktyczny i zarazem jedyny interesujący łodzian, z których pieniędzy powstało, przepadł w pomroce dziejów.
A propos Kobro. Jeden z komentatorów na forum Gazety Wyborczej zamieścił przezabawny wpis, którego aż nie mogę nie zacytować:
Typografia Strzemińskiego? Kiedyś, za kilka lat w (oby) prężnej kreatywnie i wyedukowanej estetycznie Łodzi by się obroniła. Teraz mamy kalambur dla everymanów i powód do dumy dla promila łodzian. A Kobro jak by zobaczyła magentę w czystej postaci to by chyba pawia (tęczowego oczywiście) puściła.

Po panelu wiemy też, że logo pojawi się na wszystkich nowych materiałach promocyjnych, choć stare rzecz jasna do śmietnika nie trafią. Spodziewam się, że proces zastępowania dotychczasowych reklamówek nowymi zakończy się za jakiś rok-dwa.
Łącznie z gadżetami, wizytówkami, papierem firmowym itp. na lokację nowego logo pójdzie jak przypuszczam około miliona złotych w ciągu najbliższych lat. Wówczas, gdy przyjdzie do nowych wyborów, najprawdopodobniej zostanie ogłoszony kolejny konkurs i następne logo rozpali do czerwoności media lokalne i Internet. Mam też przeczucie, że także za trzy lata będziemy zastanawiać się nad urodą logotypu a nie przywołaną przez Grzegorza Kiszluka „mięchem”, czyli co właściwie Łódź ma do pokazania i promowania.
A szkoda, bo po dzisiejszej lekturze mini-analizy Janusza Zubrzyckiego jestem przekonany, że żadnego nowego podziemnego dworca Łódź-Fabryczna nie będzie. Całość dostepna tutaj.

————————-
Po wczorajszej notce, która rozgrzała mi statystyki bloga do czerwoności, odezwał się do mnie przedstawiciel warszawskiej agencji Mediapunto, który zaprosił mnie do ocenienia ich projektu nowego logo Łodzi, jednego z odrzuconych przez komisję konkursową.
Cóż mogę napisać: spełnia ono wszystkie pięć cech dobrego logo, które wymieniłem we wczorajszej notce. Jako logotyp jest zdecydowanie lepsze i moim zdaniem byłoby skuteczniejsze od naszych strzemińskich kropek z kreskami. Zresztą sami oceńcie (można kliknąć):

Odrzucone nowe logo Łodzi
(więcej na Facebooku)

I wszystko byłoby ekstra (poza czcionką), gdyby nie to, że powyższy projekt nie należy do najoryginalniejszych. Owszem, idea origami, będąca międzynarodowym symbolem kreacji czegoś z niczego, bardzo do mnie przemawia.
Trafiłem jednak na stronę projektów Jasona Little’a wykonanych dla Melbourne i przyznam szczerze, że bardziej podobają mi się te kryształy niż origami:

Jason Little dla Melbourne
(Jason Little)

Tak czy tak, z przyjemnością obejrzałbym inne konkurencyjne projekty nowego logo Łodzi. Na razie jednak nie mam czasu na wizytę w Biurze Promocji UMŁ.

Szczerze mówiąc, nie wiem też czy zastanawianie się nad tym wszystkim ma jeszcze szens. Klamka zapadła, logo wybrane, kontrakt podpisany, machina produkcyjna gadżetów i materiałów biurowych zaraz ruszy. Nic tu się już nie zmieni i nie bardzo jest o czym dyskutować.

Podtrzymam jedynie swoje wczorajsze zdanie, że ja tego logo do żadnego z moich projektów internetowych używać nie zamierzam, choć trochę szkoda, że ich czytelnicy nie będą indoktrynowani ideą kreatywnej Łodzi.
Gdyby jednak ktoś chciał: wystarczy podpisać z Biurem Promocji UMŁ umowę licencyjną.

Adam Jarecki na Facebooku