Adam Jarecki

Archive for the ‘życie’ Category

Tadeusz Jarecki (1940-2016)

In życie on 14/11/2016 at 10:15

6 listopada 2016 r. w wieku 76 lat zmarł mój Ojciec, Tadeusz Jarecki.

W takich chwilach trudno jest coś mówić czy pisać. Łatwiej oddać hołd zdjęciami. Zapraszam zatem do odwiedzenia galerii: Tadeusz Jarecki.

Reklamy

Ulefone Be Touch 2 – pierwsze spojrzenie

In życie on 11/08/2015 at 12:54

Gdy ktoś z twoich znajomych mówi, że kupił nowy telefon, zwykle nieszczególnie cię to obchodzi. Ale czasem, gdy kupi jakiś dziwny wynalazek, zasypujesz go pytaniami. Dlatego spróbuję opisać swoje wrażenia z używania aparatu nieobecnego oficjalnie na polskim rynku, ale dostępnego bez większych problemów w cenie ok. 900 zł (wraz z wysyłką z Chin). Oto pierwsze spojrzenie na Ulefone Be Touch 2.

Po pierwsze i najważniejsze: ta dwójka na końcu nazwy jest bardzo ważna. O ile większość specyfikacji jest dla tych dwóch modeli taka sama, „dwójka” nie jest tylko zabiegiem kosmetycznym. Po pierwsze rozdzielczość ekranu wynosi tu 401 ppi (rozdzielczość Full HD 1920), w jedynce zaś 1280. To ogromna różnica w użytkowaniu – zarówno przy korzystaniu z multimediów jak i poziomie odczuwalnego komfortu przeglądania feedów serwisów społecznościowych. Przy okazji widać, które ikonki aplikacji zostały stworzone dawno temu. 🙂 Drugim bardzo ważnym elementem jest zwiększona bateria: pojemność „dwójki” to nieco powyżej 3000 mAh, „jedynka” miała pojemność bodajże 2550 mAh.

Po drugie: specyfikacja Be Touch 2 jest powalająca. Fanboje Apple’a wybuchają śmiechem na widok hasła reklamowego „Be Touch 2 – I am not iPhone Plus indeed”, ale śmiech ten zamiera na ustach po porównaniu danych technicznych. Be Touch 2 ma 16 GB wbudowanej pamięci na dane (tyle co najtańszy iPhone 6+), ale obsługuje karty pamięci 64 GB. Łącznie zatem można przechowywać w tym telefonie znacznie więcej danych niż jest to na co dzień potrzebne – za to wielokrotnie taniej niż w przypadku produktu Apple’a. Rewelacyjny aparat fotograficzny (element produkowany przez Sony) również dystansuje iPhone’a. Jeżeli lubisz robić selfies, iPhone 6+ także przegrywa w przedbiegach – Be Touch 2 ma z przodu aparat z pięciomegową matrycą i diodą podświetlającą. No i – last but not leastBe Touch 2 ma 3 GB pamięci RAM, na których tle marna jedyneczka iPhone’a wygląda jak kiepski dowcip. I żeby było jasne: obok potężnego procesora to właśnie trzygigowa pamięć operacyjna leży u źródeł sukcesu Be Touch 2. Widać te gigabajty na każdym kroku podczas używania urządzenia.

Po trzecie, Be Touch 2 jest chyba pierwszym (lub jednym z pierwszych) aparatów z wysokiej półki, który ląduje na biurku z firmowo wbudowanym, czystym Androidem 5.1 Lollipop. W gronie fanbojów zielonego ludka z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu jest to prawie że święty Graal. Dla porządku zatem wymieniam ten fakt, choć we mnie jakiegoś szczególnego podniecenia nie wywołuje. 🙂

Telefon jest błyskawiczny. Odblokowywanie go czytnikiem linii papilarnych jest w większym stopniu gadżetem niż realną wartością dodaną, ale muszę przyznać, że jest to rozwiązanie wygodne i naprawdę szybkie. Telefon połyka bez problemu cały śmietnik aplikacji, które użytkownik w niego ładuje – od słoniowatych produktów Facebooka po ogromnego pojemnościowo Amazon Kindle App. Napchałem w Ulefona ile wlezie i… nadal chodzi jak złoto, bez najmniejszych opóźnień czy zawieszeń. Po kilku godzinach zabawy, instalowania, żartowania na FB – musiałem zajrzeć do swojej starej Xperii S. O borze zielony, jakie to małe, wolne i niewygodne! A jeszcze kilka godzin wcześniej nie byłem przekonany, czy zakup nowego telefonu w ogóle miał sens.

O tym, jak aparat będzie się sprawował na co dzień, napiszę za jakiś czas. Na razie odsyłam do specyfikacji i filmiku reklamowego – jak na razie nie znalazłem w nich ani jednego kłamstwa czy naciągnięcia rzeczywistości.

Przy okazji – już nie potrzebuję dziadka do orzechów ani młotka – te funkcje Ulefone także w razie potrzeby spełni. 🙂

Przy cenie 220-230 USD (z wysyłką do Polski) Ulefone Be Touch 2 nie ma na rynku żadnej konkurencji. A gdy trafisz na cenę promocyjną (zwykle 190 USD) – bierz w ciemno!

Perełki lokalne

In życie on 15/08/2014 at 13:01

Gdziekolwiek pojadę, staram się kupować lokalne gazety (zwykle ostały się już tylko tygodniki). Robiąc to regularnie od lat mam pewien ogląd sytuacji i niestety z niewielu rzeczy mogę się cieszyć.

Najważniejszą zaletą lokalnej prasy jest to, że wciąż istnieje. Nie ma szybszego i skuteczniejszego sposobu na poznanie gospodarzy twojego wakacyjnego wypadu, zaobserwowanie problemów ukrytych zwykle przed oczami turystów. Czasem znajdujemy odpowiedź na uporczywie powracające pytanie „dlaczego tu jest tak strasznie nudno”. Kopalnią perełek są rzecz jasna ogłoszenia drobne, z których od ręki można wyczytać realną sytuację gospodarczą, społeczną czy miejsce młodzieży w społeczności (o ile jakaś została).

Obecnie jednak rację bytu mają tylko te media lokalne, które są zaprzyjaźnione z miejscowymi burmistrzami. Krytyka w drobnych sprawach tak, w fundamentalnych i poważnych nigdy w życiu. No czysta żywa łódzka odmiana Wyborczej, tyle że w skali mikro. 🙂

W Wiśle udało mi się kupić gazetę regionalną (Kronika Beskidzka – wydawana dla sporego Bielska-Białej ale i Czechowic, Szczyrku czy Żywca) oraz lokalną (Głos Ziemi Cieszyńskiej – dla Cieszyna, Ustronia i Wisły). I od razu człowiek nabiera właściwego stosunku do bełtu wylewającego się z telewizora, Rzepy,  Wyborczej czy innych tzw. poważnych mediów ogólnopolskich.

image

W Cieszynie inwazja szczurów. Winna jest oczywiście Unia Europejska. Jak to? Ano tak to. Dała pieniądze na remonty, zabrano się zatem za rozgrzebywanie budynków stojących bez zmian po kilkadziesiąt lat. W związku z tym zlikwidowano naturalne gniazda. No to teraz szczury biegają w panice po ulicach, piwnicach i tak dalej. Wina Tuska.

W Bielsku śmierdzi. Cóż za niespodzianka. Na serio zaskakuje za to fakt, że trzeba było zapłacić Hiszpanom, żeby o tym napisali w raporcie.

W Brennej Spalonej rozpoczęto regulację rzeki jakiejś tam. W połowie robót objawił się jakiś prawdziwy Polak, lokalny patriota rzecz jasna, i skutecznie poskładał rozmaite odwołania i skargi. Roboty wstrzymano, materiały budowlane porzucono i leży teraz to wszystko na kupie czekając, aż popijające kawkę urzędasy skargi poodrzucają lub poprzyjmują. Zajmie to z rok albo dwa rzecz jasna.

Wisła dała klubowi sportowemu niepełnosprawnych basen w dzierżawę wieczystą. Klub, korzystając z nieformalnej ochrony przed jakąkolwiek krytyką (zawsze można wystawić zastęp bidnych, zwykle zapłakanych dzieci na wózkach inwalidzkich na pikietę przed urzędem, prawda?) doprowadził basen do totalnej ruiny, aż wreszcie w rozpaczy ludzie z Sanepidu kazali tę wylęgarnię chorób zamknąć. I teraz klub sportowy oczekuje, że zanim odda coś, co dostał kiedyś za darmo, dostanie odszkodowanie. Syf z gilem w centrum miasteczka jak stał tak stoi.

A teraz sami powiedzcie, czy kogokolwiek tak naprawdę obchodzi konwój ruskich dresiarzy kierujących pustymi kilkudziesięcioletnimi ciężarówkami? Really?

Eurowizja 2014 czyli przyganiał kocioł garnkowi

In życie on 11/05/2014 at 12:34

Jurorzy z Europy wykosili Cleo i Donatana za seksizm i soft-porno. Polski zaścianek jurorski wyciął w pień Conchitę Wurst. Nic nowego pod Słońcem: po prostu nadal nie jesteśmy Europejczykami i tyle.

Conchita Wurst aka Thomas Neuwirth

Po sobotnim finale Eurowizji 2014 pozostał kac. Nie chodzi jednak o kaca fizycznego (choć rozumiem, że część z Was na niego cierpiała) lecz moralnego. Bo jedną ręką/nogą/cycem (niepotrzebne skreślić) podpisujemy się pod internetowymi żalami o niezrozumieniu i politycznym wykluczeniu a drugą – wyśmiewamy absolutnie rewelacyjnego aktora z Austrii, który perfekcyjnie zagrał piosenkarkę z brodą i ma fantastyczny głos.

Przez wiele lat konkurs Eurowizji oskarżano o nadmierne upolitycznienie. Wszyscy to chyba pamiętamy: bałkańskie kraiki głosujące na siebie nawzajem niejako „na krzyż”, „dziki Wschód” zawsze wspierający Rosję, Benelux, Turcy załatwiający swojej ojczyźnie 8 lub 10 punktów z Niemiec… i tak dalej, i temu podobne. My wtedy narzekaliśmy, że to okropne, że Polski i Polaków nikt nie lubi (halo, obudźcie się, niby za co by mieli lubić?). EBU (European Broadcast Union – organizacja zrzeszająca telewizje publiczne działające w Europie) nie pozostało głuche na jęczenia i krytykę. Wprowadziło salomonowe rozwiązanie: połowę wpływu na głosowanie danego kraju ma teraz lokalne jury, drugą połowę widzowie wysyłający płatne SMS-y.

Na to właśnie się zgodziliśmy: na wprowadzenie jury, które w założeniu ma ratować nasz honor przed dawaniem 12 punktów na manieczki z Koziej Wólki (czy raczej zza Uralu). Niestety jury też trzeba umieć wybrać.

Wybraliśmy sobie jury z takim panem, który w całym swoim życiu zaśpiewał jedną dobrą piosenkę – a i to nie sam i nie była jego. Aktualnie jest gwiazdą dni targowych w Jedliczach Ojczyźnianych, Krzesimowie-Piotrówku czy innym Krzczonowie Drugim. Wciąż marzy o wystąpieniu na konkursie piosenki w lewej nawie „bazyliki” w Licheniu, ale jak dotąd bezskutecznie.
Wspierała go była reprezentantka Polski na ESC, która zajęła ostatnie miejsce w swoim półfinale. Ostatnie. Powtórzymy raz jeszcze, aby dobrze zapamiętać: ostatnie. W półfinale ostatnie. Wspominałem już, że ostatnie?
Jako, że ważny jest sukces komercyjny, dołożono do tego dresiarza z Kielc, który ostatniego hita (pożal się borze zielony) nagrał 14 lat temu i nadal robi za macho polskiej sceny… w zasadzie nie wiem jakiej sceny, chyba nikt tego nie wie, whatever.

I rzecz jasna takie jury wykosiło ohydnie genderową, obrzydliwie zacierającą granice między płciami, na pewno pedałowatą, bo kto niby inny miałby się przebierać za kobietę (biedny Wojciech Pokora), morderczynię Matki Naszej Kościoła Katolickie… resztę wyzwisk wymyślcie sobie sami, w każdym razie: Conchitę Wurst. Polskie jury wykosiło performera, aktora i showmana, który powalił na kolana całą Europę. Dało jej 19 miejsce (tutaj źródło danych, jeśli ktoś nie wierzy), kompromitując nas ostatecznie na wiele miesięcy.

Nie zrobili tego Polacy sprzed telewizorów! Oni docenili performatywność austriackiej konwencji, fantastyczny głos Thomasa Neuwirtha, co poniektórzy zapewne również rewelacyjną suknię. I dali Conchicie Wurst czwarte miejsce. Niestety, nie udało im się uratować honoru całego naszego kraju – ostracyzm i nieuleczalne chyba fobie jurorów przeważyły. Conchita zajęła w Polsce 11 miejsce (combined voting), o oczko poniżej ratującego nasz honor choćby jednego, symbolicznego punktu dla tegorocznego zwycięzcy.

Ale, jak to mówi „Księga przysłów” wręczona niedawno znajomemu na jego urodziny, przyganiał kocioł garnkowi. Polska wysłała bowiem na konkurs soft-porno z maselnicą i cycami w roli głównej. I wielce się oburzyła, gdy cywilizowana część Europy dostała szału. Nie wolno epatować seksizmem na tym kontynencie. Nie wolno traktować kobiet jak obiektów. Nie wolno sprowadzać ich do roli posłusznych wkładów do wyrka. Tak się w Europie nie robi i już.
I dlatego jury brytyjskie (wyniki głosowania) oraz irlandzkie (wyniki) wycięły w pień seksistowską i obraźliwą piosenkę z Polski. Nie jest prawdą, że nasi rodacy nie stanęli na wysokości zadania. Nie wolno nam ich obrażać. Polscy emigranci wywalczyli dla Cleo pierwsze miejsca w Irlandii i Wlk. Brytanii w głosowaniu SMS-owym, wydając na to własne, ciężko zarobione pieniądze. Walczyli w przegranej sprawie, ale zrobili co mogli.

To my sknociliśmy tegoroczną Eurowizję. Wybraliśmy zaściankowe jury, które skompromitowało nas swoim głosowaniem. I wysłaliśmy burdelowy hymn na cześć porno, obrażając jakieś 200 milionów europejskich kobiet. Sami tego chcieliśmy a – jak mówi „Księga przysłów” – oliwa sprawiedliwa i zawsze na wierzch wypływa.

Adam Jarecki na Facebooku

Wyrzuty sumienia

In życie on 23/04/2014 at 14:16

Dzisiaj, z okazji Światowego Dnia Książki, postanowiłem zrobić intelektualny rachunek sumienia i spisać swoje największe literackie grzechy. Czyli listę tytułów, które przeczytać powinienem już bardzo dawno temu, ale jakoś nic z tego nie wyszło. Miejscami z krótkim komentarzem. 🙂

James Joyce „Ulisses” (w tle słychać krzyk i płacz)

Oriana Fallaci „Inszallah” (to ma ze dwa tysiące stron! Co tam dwa, trzy!)
Oriana Fallaci „List do nienarodzonego dziecka” (ile można o tej aborcji?)
Oriana Fallaci „Kapelusz cały w czereśniach

Jurij Andruchowycz „Dwanaście kręgów” (ale już blisko, naprawdę!)
Jurij Andruchowycz „Moscoviada” (też blisko, choć już nieco mniej)
David Riesman „Samotny tłum” (bez komentarza)

Elżbiete Cherezińska „Byłam sekretarką Rumkowskiego” (to jest tak przerażająca książka, że nie wiem, czy ostatecznie kiedykolwiek się z nią uporam)

Stephen Dobyns „Świątynia martwych dziewcząt” (trzy rzeczy kompletnie nie dla mnie: nie interesują mnie świątynie, nie interesują mnie martwi a dziewczęta to już w ogóle; ale podobno z jakichś powodów absolutnie trzeba)

Bolesław Prus „Lalka” (widziałem serial, ale do książki jakoś zmusić się nie umiem)

Henryk Sienkiewicz „Trylogia” (absurdalna rzygawiczność tego wybitnie złego trójksiągu od lat nade mną zwycięża)

No i crème de la crème: Helen Fielding „Bridget Jones. Szalejąc za facetem„. Ale to już leży na Kindle’u i do majówki dzieło to genialne i wiekopomne ukończę!

Tydzień bez Facebooka

In życie on 08/11/2013 at 11:59

W skrócie dla niecierpliwych: da się, choć bywa ciężko. (Teraz możesz już wrócić do lajkowania wychudzonych piesków!)

Urlop od Facebooka

Pomysł na zrobienie sobie odwyku od Facebooka wpadł mi do głowy w zasadzie przypadkowo. Nie miałem ani obiektywnych ani subiektywnych konieczności. Ot, tak wyszło. Wnioski?

Facebook drastycznie pogarsza komunikację międzyludzką. Wydaje nam się, że gdy klikniemy na „Lubię to”, to jest to mniej więcej równoznaczne z pójściem z kimś na szybką kawę. Otóż niestety nie jest. Wyłączenie dostępu do Facebooka powoduje uczucie, że nagle wszyscy o tobie zapomnieli. Poczucie fałszywe, ale na początku bardzo silne.
Mniej więcej po trzech dniach ożywiły się telefony: najpierw niemrawo, SMS-ami co jakiś czas; potem rozdzwoniły się dzwonki. Życie towarzyskie i komunikacja wróciły niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki do normy (którą jest, że przypomnę, kontakt osobisty one-to-one a nie „lajkowanie”). Przy okazji testujesz kto z tych czterech setek twoich „znajomych” w ogóle się tobą interesuje. 🙂

Bez Facebooka nie wiesz, co się dzieje w mieście. Zawartość informacyjna Gazety Łódzkiej (dodatku „Co jest grane”) czy Dziennika Łódzkiego jest w praktyce zerowa. W ogromnym śmietniku publikowanych tam „zaproszeń” i zawiadomień nie znajdziesz mnóstwa ciekawych rzeczy. Co mnie ominęło? A choćby akcja „Przygarnij książkę” jednego z antykwariatów z Piotrkowskiej. Co mnie nie ominęło? Premiera „Balu w operze” w Teatrze Nowym – ale głównie dlatego, że dostaję od tejże instytucji zaproszenia drogą pocztową a nie „fejsową”. Podsumowując: nie ma lepszego sposobu na planowanie życia publicznego i rozrywek niż Facebook. Klasyczne media w tej dziedzinie przestały się sprawdzać.

Facebook oszukuje swoich użytkowników w kwestiach bieżących wydarzeń i ich wagi. W praktyce kręgi znajomych bulgoczą cieczką informacyjną powodującą autentyczne ograniczenie umysłowe. Przykładamy wielką wagę do rzeczy i zdarzeń, które są kompletnie nieważne. Ja na przykład nareszcie odpocząłem od kampanii promującej mityczne „małe Expo”. Dzięki odłączeniu od Facebooka nie straciłem na ten nonsens ani minuty swojego czasu, który z pewnością poświęciłbym na jakieś bicie piany.
Nie jestem jednak odcięty od ważnych informacji. Pomijam już fakt, że z coraz większym szacunkiem czytuję Dziennik Gazetę Prawną (ta gazeta po prostu musi upaść – jest zbyt dobra, ma za wysoki poziom i woli zmniejszyć objętość niż wypełniać łamy bzdetami). Ogólny ogląd informacyjny dają mi… niespodzianka. Portale horyzontalne. 🙂

Pułapką Facebooka jest logowanie się do używanych na codzień usług internetowych. Dopiero podczas odwyku zorientowałem się, że za pomocą systemu identyfikacji Zuckerberga loguję się do całego mnóstwa niezbędnych mi narzędzi. To jest prawdziwe uzależnienie: API służące do logowania. Pozakładałem natychmiast konta odrębne, tak aby ukradzenie mi hasła do FB nie rozwaliło mi życia zawodowego. Co i wam polecam.

Podsumowując: wszystkim uzależnionym od „feeda w odcieniach blue” polecam odwyk. Tydzień to minimum, lepszy byłby zapewne miesiąc. Zidentyfikujecie grono ludzi, którym naprawdę na was zależy. Uświadomicie sobie uzależnienie od systemu logowania – bardzo niebezpieczne i warte zmiany. Odzyskacie sporo czasu, traconego na wyziewy boczne i poboczne gimbazy (tydzień bez tych przeklętych kotków! WOW!).

Takie doświadczenie pozwala też unormować sobie życie. Nagle zjedzenie śniadania staje się ważniejsze od skomentowania rzecznika Masłowskiego w sprawie wyrzucania na śmietnik odbiorników radiowych w UMŁ. 🙂

Samosąd niszczy społeczeństwo

In życie on 27/06/2013 at 22:49

Dzisiaj uświadomiłem sobie, że Polska nie jest już państwem skutecznego prawa. Przypadek Ewy T. udowodnił, że sposoby realizacji polityki penitencjarnej przeterminowały się a naród nam się strasznie skiepścił – bez „mamy małej Madzi” nie umie już żyć. Zamiast prawa mamy przepisy. Zamiast humanizmu – zemstę. Zamiast odpowiedzialnego społeczeństwa – rozszalałą, żadną krwi tłuszczę.

Mariusz Szczygieł popełnił błąd publikując reportaż, którego treść umożliwiała poznanie imienia i nazwiska głównej bohaterki w ciągu zaledwie kilku minut (nie, nie zamierzam podawać sposobu dotarcia do tej informacji). Szczygieł, w pogoni za poczytnym materiałem, zdecydował się postawić w roli boga. Nie ma szczególnego znaczenia fakt, że sam tekst jest z punktu widzenia sztuki reportażu kiepski i niewiele wnoszący. Nie poznajemy w nim żadnej ważnej prawdy, odgrzebujemy tylko rupiecie. Szczygieł zdecydował, że Ewa T. zasłużyła na śmierć cywilną i postawił się ponad prawem na tę śmierć ją skazując. Jest to rzecz niewybaczalna.

Mechanizm nagonki medialnej znamy nie od dziś. Jej zwolennicy często używają teraz argumentu, że „przed chwilą” wielką aferę wywołało zbliżające się zwolnienie pedofila-mordercy. Że dzięki medialnej histerii społeczeństwo broniło się przed niebezpiecznym przestępcą. No cóż, po pierwsze przypomnę, że nie obroniło. Po drugie: że skoro tak szybko zapomniało, to tak naprawdę miało to równie głęboko gdzieś co i „matkę małej Madzi”. Po trzecie: wspomniany morderca nadal stanowił zagrożenie, czego nie można powiedzieć o Ewie T., która nigdy więcej nie popełniła żadnego przestępstwa.

Państwo prawa opierające się o idee humanistyczne zakłada, że każdy człowiek ma prawo do błędu. Że jeżeli ten błąd udaje się naprawić i odpokutować, nie wolno życia ludzkiego przekreślać. To dlatego Unia Europejska zakazuje kary śmierci. Jeżeli jesteś jej zwolennikiem – twoje miejsce jest na Białorusi czy w innej Arabii Saudyjskiej, nie tutaj. Temu też służy formuła zatarcia wyroku.
Jeżeli system penitencjarny nie zawrócił skazanego na dobrą drogę, to znaczy, że ktoś zawiódł: sędzia, wychowawca, psycholog i tak dalej. Ale taki przypadek w sprawie Ewy T. nie zaszedł. Przestępstwo sprzed ponad 30 lat zatarło się, bo Ewa T. powróciła na drogę życia zgodnego z prawem, z zasadami zycia społecznego. Nigdy nikogo już nie pobiła; nie skrzywdziła; nie wspominając już o czymkolwiek gorszym. Jest chodzącym przykładem, że człowiek może się zmienić i poprawić. Ewa T. jest sukcesem państwa prawa.

Dzisiaj jednak ważniejsze jest rzucenie na żer rozszalałej tłuszczy jakiegoś ochłapu, który odwróci uwagę od realnych problemów społeczeństwa i państwa. Wystarczyło odgrzebać sprawę sprzed 30 lat i już Facebook, Google Plus, Twitter i fora dyskusyjne tryskają pornografią nienawiści.

Wstyd mi za polskie społeczeństwo, że jego głównym polem zainteresowań są obrzydliwe insynuacje. Wstyd mi za to, że nie szanuje stu lat tradycji polskiego, niepodległego i niezależnego sądownictwa. Wstyd mi za łatwość samosądu, w którym mamy doskonałe tradycje: od Jedwabnego, przez Mławę, aż do tego we Włodowie.

Wstyd mi za was, drodzy rodacy, bo w swej masie nawet nie rozumiecie, dlaczego się za was wstydzę.

sadness-big

Smutny dzień lewactwa

In życie on 23/05/2013 at 21:13

Dzisiaj obchodziłem „dzień lewactwa”. 🙂
Tak się złożyło, że spędziłem mnóstwo czasu przemieszczając się z miejsca na miejsce komunikacją miejską (szukaliście kiedyś miejsca parkingowego w Łodzi?) i w związku z tym postanowiłem zrobić sobie dzień ku czci prasy lewicowej. Poczytać ją dokładnie i w większej ilości.

Na dobry początek „Przekrój”, który nieodmiennie i bez szczególnego zaskoczenia znowu rozczarował. Od dłuższego czasu da się w tym tygodniku czytać góra po dwa teksty na każdy numer. Podałbym wam rzecz jasna tytuły tychże perełek, ale zostawiłem swój egzemplarz na przystanku tramwajowym (zostało mi to po Londynie). Fakt, że ich nie pamiętam – choć przecież to perełki – też dużo mówi o kondycji pisma.
Pozwolę sobie tylko na westchnięcie, że niestety nikt już chyba nie ma pomysłu na tygodnik dla tzw. inteligencji.

Następnie sięgnąłem po najnowszy twór Roberta Walenciaka, czyli „Dziennik Trybuna”. Nie mam jakichś emocjonalnych związków z tym tytułem, ale zgadzam się ze swoimi znajomymi narzekającymi, że w trzydziestopięciomilionowym kraju powinien wychodzić chociaż jeden dziennik lewicowy. No więc lewicowe to coś może i jest, ale trudno nazwać to dziennikiem.
Przede wszystkim: to nie jest zbiór najnowszych informacji. Każda gazeta ma za zadanie poinformować – mniej lub bardziej syntetycznie – o tym, co się wydarzyło w dniu poprzednim, dołączyć komentarz, wyjaśnienie i kilka słów o przewidywanych skutkach. Jak świat światem na tym polegała rola dzienników. Biada tym, którzy spróbują dowiedzieć się czegoś o bieżących wydarzeniach z „Trybuny”… Na miano „newsa” zasługiwało tam kilka artykułów, pod warunkiem, że zdefiniujemy news jako „materiał o wydarzeniu z bieżącego tygodnia”. Bo „z wczoraj” była tylko relacja z eksmisji na bruk, którą bezskutecznie próbował zatrzymać Piotr Ikonowicz. Wszystkie pozostałe były zapchajdziurami z szuflady, które można by opublikować i tydzien temu i w przyszłym tygodniu – bez straty dla czytelnika i odbierającego wierszówkę autora.
„Dziennik Trybuna” jest przykładem projektu zamordowanego jeszcze przed narodzinami. Nie jest bowiem problemem zapełnić kilkanaście stron jakąkolwiek treścią. Ale wypuszczając niedopracowany i nudny półprodukt, niszczymy jego szanse na rozwój. Ja jeszcze kilka numerów kupię, ale tylko dlatego, że chcę to medium poobserwować. Normalny człowiek, skuszony nowym tytułem w kiosku, będzie mocno rozczarowany i zdenerwowany zmarnowaniem półtora złotego. Tak traci się czytelnika. Mam wrażenie, że tych utraconych jest cała masa już dzisiaj, w zaledwie drugim dniu życia tej gazety.

Następnie sięgnąłem po „Le Monde diplomatique” i nareszcie poczułem się usatysfakcjonowany. Oczywiście, z przyjemnością widziałbym więcej materiałów dotyczących Polski. Kupując ten miesięcznik miałem jednak świadomość, że będzie on w dużej części opierał się o materiały licencyjne. Najważniejsze jest to, że żaden nie rozczarował. Nawet jeżeli coś mnie kompletnie nie interesowało, to nie było żenady. Nareszcie ktoś mnie potraktował poważnie.

Podsumowując: do pełni szczęścia brakowało mi jeszcze tylko dwutygodnika „Forum”. Ale niestety pojawi się w sprzedaży dopiero jutro. Cóż, będzie jak znalazł na podróż – z piątkowym wydaniem „Dziennika Gazety Prawnej”, które poziomem treści powoli wyrasta na dawną Gazetę Wyborczą. Taką wiecie, z końca ubiegłego wieku. Legendarnie dobrą. Której naprawdę nie było wszystko jedno.

Nadchodzi Facebook Timeline

In życie on 16/12/2011 at 12:50

Adam JareckiZ informacji podawanych przez Facebooka wynika, że od 23 grudnia 2011 r. użytkownicy będą mieli zmieniony wygląd profilu na Timeline. Nie wiem, czy dotyczy to rzeczywiście wszystkich czy tylko pewnej grupy, ale tak czy tak nie można tego zostawić ot tak sobie.

Timeline drastycznie zmienia sposób dystrybucji treści. Dotychczas dotarcie do tego, co dany człowiek zamieszczał na FB rok temu było potwornie uciążliwe i bardzo długo trwało (pomijam znane od dawna aplikacje szpiegowskie porządkujące ten śmietnik na potrzeby esbecji czy HR Divisions). Teraz, dzięki skrótom rocznym (pasek z datami po prawej stronie) tylko kilka kliknięć dzieli nas od poczytania statusów znajomych sprzed dwóch lat.

Dlatego też wszystkim gorąco zalecam przejrzenie zawartości swojego Facebooka. Robimy to w ten sposób:

1. Wchodzimy na adres: https://www.facebook.com/about/timeline (lub bez literki „s” po „http” – ja akurat mam od dawna szyfrowanie połączenia na Facebooku).

2. Możemy sobie obejrzeć filmik promocyjny, ale nie jest to konieczne.

3. Na dole po prawej znajdziesz – jeśli jesteś zalogowany(a) na Facebooku – guzik umożliwiający ci przetestowanie usługi: należy z niego skorzystać.

4. Zobaczysz swój Timeline, który zostanie upubliczniony 23 grudnia 2011 r. Masz zatem tydzień na wprowadzenie zmian, których niekiedy może być dużo.

5. Przejrzyj swoje stare wpisy i statusy sprzed paru lat – pozmieniaj dostępność (publiczne, znajomi, znajomi znajomych itd.). Usuń zdjęcia siebie w wymiotach poalkoholowych. W ogóle wywal to, czego się wstydzisz lub czego nie chciał(a)byś pokazać swojej matce i szefowi. Usuń historię swojego leczenia psychiatrycznego i chorób wenerycznych. 🙂

6. Nie ma prostszej drogi. Ciesz się, że masz chociaż tydzień na przeprowadzenie historycznej autocenzury. Lub przygotuj się do rezygnacji z Facebooka na rzecz np. Google+ (ale w tym wypadku miej świadomość, że jeśli Timeline się przyjmie, G+ też może ewoluować w tym kierunku).

Nowe podłużne zdjęcie na profilu jest wybierane przez Ciebie odrębnie, niezależnie od fotki głównej.

Życzę miłego przedświątecznego weekendu spędzonego na rzucaniu wulgaryzmów w kierunku monitora. 🙂

Adam Jarecki na Facebooku

Polsat LTE powala na kolana

In życie on 27/11/2011 at 16:55

Polsat LTEOsłupiałem. Nie wierzyłem. Przeprowadziłem po dwa testy żeby się przekonać, że nie śnię. Moi drodzy, Play Online to w ogóle nie jest Internet!

Po wczorajszym ataku szału na Playa spełniłem swoją groźbę i pojechałem kupić modem LTE w Cyfrowym Polsacie. Nic nie ryzykowałem, bo najpierw na wszystkie strony przepytałem sprzedawczynię o kruczki ograniczające siedmiodniowy okres próbny. Okazał się niepotrzebny. 🙂

Instalacja przebiegła szybko i bezproblemowo. Potem ściągnąłem sobie pocztę i zanim zdążyłem przełknąć łyk kawy – mejle leżały już w Thunderbirdzie. Zachłysnąłem się lekko i przetarłem okulary.

Następną godzinę spędziłem na testowaniu prawie wszystkich Internetów jakie mam pod ręką. Kablówkowego, w Dialogu, w Playu i rzecz jasna Polsat LTE w dwóch miejscach domu. Do teraz nie mogę uwierzyć w wyniki, które wrzucam poniżej.

Do testów użyłem pliku o wielkości 44 megabajtów a dokładniej: wersji instalacyjnej Calibre, programu do zarządzania e-bookami m.in. na moim Kindle’u. Na pierwszy ogień wstawiam wykres średnich transferów. Liczbę tę pokazuje Total Commander podczas ściągania pliku protokołem FTP, zwykle zmienia się co chwilę; niekiedy przyspiesza, niekiedy zwalnia. Mniej więcej po 20 MB wynik się stabilizuje i te właśnie dane (uśrednione z dwóch prób) wstawiłem do wykresu.
Po kliknięciu pojawi się duża wersja obrazka (następnych również to dotyczy).

Test Polsat LTE: średni transfer

Większość ludzi nie do końca rozróżnia skróty opisujące transfer. Najpopularniejszym jest megabit, jeżeli w Dialogu czy TP SA kupujesz dostęp do Internetu, padają te właśnie liczby – przepustowość „jednomegowa”, „dwumegowa” itd. Nie wchodząc w zbytnie szczegóły – oto przeliczone wyniki.

Test Polsat LTE: łącze w megabitach

Na koniec pozostawiłem najważniejszy smaczek, czyli wyliczone w praktyce – ze stoperem w ręku – czasy ściągania mojego testowego pliku. Podaję wyniki w sekundach.

Test Polsat LTE: czas ściągania pliku

Tak, dobrze widzicie. Plik, który przez Play Online zasysał się ponad sześć minut w moim salonie doszedł dzięki LTE w 19 sekund.

Do porównań finansowych (warto czy nie warto, opłaca się czy się nie opłaca) nie ma sensu brać pod uwagę Dialogu i kablówki – są to dostępy stacjonarne i nie mają limitów transferu danych. Można zatem brać pod uwagę tylko Play Online i LTE.

Ja akurat za Play Online płacę niebotyczne 80 zł (tryskałem jadem na ten temat w poprzedniej notce), ale obecnie można za 49 zł mieć 7 czy 8 GB transferu miesięcznie. Transferu powolnego jak żółw (max. 2 Mbit), ze słabym zasięgiem poza głównymi miastami.
Polsat LTE jest droższy. 5 GB transferu kosztuje 50 zł a na modem LTE trzeba wydać dodatkowo 150 zł (przy umowie dwuletniej). Genialny jest za to nocny bonus: od północy do 8 rano można miesięcznie ściągnąc bez dodatkowych opłat 50 GB. W Play również od północy do 9 rano można ściągać bez limitów, no ale helloł. Przy prędkości ośmiokrotnie mniejszej zakrawa to na masochizm.

Zasięg? W miastach jest przede wszystkim LTE, na obrzeżach HSPA+. Patrząc na mapy zasięgu można ocenić, że pokrycie Polsatu i Playa jest porównywalne.

Podsumowując: moi drodzy, Play Online to na tle LTE w ogóle nie jest żaden Internet. Przypomina raczej udręki użytkowników modemów z lat 90 na tle ówczesnej Neostrady.

Zamierzam przeprowadzić jeszcze jeden test: jak wygląda transfer w HSPA+. Niestety muszę się z tym wstrzymać, bo okazało się, że znalezienie w Łodzi jakiejś kawiarni czy innego tego typu miejsca poza zasięgiem LTE jest trudne. Test przeprowadzę podczas najbliższej podróży na dziki Wschód, czyli Janów. 🙂
Wtedy też dodam wynik Polsat HSPA+.

Na koniec, żeby było multimedialnie, polecam obejrzenie na pełnym ekranie poniższego filmiku z YouTube.

Adam Jarecki na Facebooku